Info

avatar Ten blog rowerowy jest prowadzony przez causeilovemybike z miasta Zelów. Przejechałem 4396.94 kilometrów, z czego 118.53 w terenie. Moja średnia prędkość to 20.29 km/h
Chcesz wiedzieć więcej o mnie?.

baton rowerowy bikestats.pl

Kontakt


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy causeilovemybike.bikestats.pl

Licznik odwiedzin


Od 16 października mój blog odwiedziło Liczniki odwiedzin osób;)
Dane wyjazdu:
24.65 km 0.00 km teren
01:13 h 20.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Poszkolnie i słonecznie.

Wtorek, 22 marca 2011 · dodano: 23.03.2011 | Komentarze 2

Po szkole postanowiłem, że podjadę na działkę i ogarnę trochę sytuację po weekendowych akcjach;) Syfu trochę było, ale udało mi się opanować sytuację. Odwiedził mnie także w międzyczasie Kacper i Łukaniu.

Po sprzątaniu wybrałem się w traskę po mojej okolicy. Przez Łobudzice, Wygodę, Patyki, Bujny do domku.

Niestety moja mama rozwaliła mi aparat, konkretnie naruszyła obiektyw, który nie chciał się ani schować, ani do końca wysunąć. "Ale zrobiłam tylko dwa zdjęcia i się nie chciało schować". Pewnie pięścią pomagała, bo inaczej sobie tego nie wyobrażam. Aktualnie udało mi się to i owo naprawić, tzn wysuwa się, jeśli nie o własnych siłach, to z pomocą palca, gorzej z chowaniem, nie zawsze się udaje, trzeba próbować kilka razy. Ale najfajniejsze jest to jak bajerancko obiektyw się giba we wszystkie strony;) Takiego wypasionego aparatu nie ma chyba nikt. Zaprezentuję Wam foto z rozbierania trupa:

Aparat w rozkładzie © causeilovemybike


Ale dość, niedługo osiemnastka, dostane nowy;)

Ehh, ale sielskie widoczki zaobserwowałem przejeżdżając po okolicy. Ludzie niczym mróweczki sprzątali swoje podjazdy do domów, zamiatali ścieżki do drzwi, grabili trawniki, palili gałęzie, pieski biegały dookoła i szczekały na mnie. Żyć nie umierać, wiosna budzi do życia. Mnie także;)

Koło Patyków wycięli kilka ładnych, dorodnych drzew. Żal na to patrzeć... Gdyby to była ruchliwa droga, to rozumiem, że takie wielkie drzewa mogłyby zagrażać bezpieczeństwu, ale jeżdżą tamtędy 3 samochody na godzinę. Takie życie. Pójdą na opał do kominka;(

Biedne drzewa © causeilovemybike


Teraz jeszcze foto Laluni podczas krótkiego postoju na telefon:

Lalunia skąpna w promieniach słonecznych © causeilovemybike


Po posileniu się pysznymi, zdrowymi, kolorowymi kanapeczkami zrobionymi przez mamę (chyba jednak wybaczę jej ten aparat, jestem łatwo przekupny, haha) pojechałem z Kalwinem do Przema, bo musiałem mu zawieść papiery na nasz wyjazd do Bułgarii. Dziwne, bo przyszły pocztą na nazwisko Przemka taty, ale na mój adres, haha;)

I to by było na razie na tyle, bye!


Dane wyjazdu:
22.23 km 0.00 km teren
01:09 h 19.33 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Wiosna!

Poniedziałek, 21 marca 2011 · dodano: 21.03.2011 | Komentarze 3

Ahh! Wiosna, wiosna, wiosna, ah, to ty!

21 marca to wspaniały dzień. Jak co roku. Wspaniałość Pierwszego Dnia Wiosny jednak nie zmienia faktu, że niczego szczególnego nie dokonałem. Pod względem rowerowym przynajmniej. Bo generalnie to tak: wypicowałem tatusiowi wnętrze Merca (muszę być miły, bo niedługo przyjdą koszulki z neta i będzie musiał sypnąć banknocikiem)

Potem byłem na Cegielni, gdzie znajomkowie świętowali nadejście wiosny, niektórzy bardzo świętowali, dzisiaj chyba będą w żałobie;) Fajni ludzie, ubaw po pachy. Warto było przeciągnąć moją Lalunie przez jakieś trawska, by do nich dojechać;)

Najfajniejsze było jednak to, że Łukaniu pojechał PKS-em do Bełka o 12.55 (osobiście z Kedzikiem odprowadziliśmy go na autobus), bo miał umówioną wizytę u dermatologa o 13 z minutami;)

Odwiozłem jeszcze tylko Olusię rowerkiem do domku, bo musiała udostępnić Gosiakowi łazienkę, żeby sobie mogła dziewczyna wyczyścić spodnie i glany z błotka;)

A potem zadzwonił Kalwin, po którego wyjechaliśmy na Pożdżenice, bo był przejechać się z tatą, fader pojechał sobie dalej, a syn wrócił do Zelowa;) A ze mną traski żadnej zrobić nie chciał, to brzydal! Ale po drodze przez oczyszczalnie spotkaliśmy Olę z Harnasiem (imię dla psa jak najbardziej odpowiednie!).

Wróciłem do domu z postanowieniem, że założę dziadkowi pokrowce w aucie. Dostałem jednak małego, szybkiego questa od mamy: kurs na pocztę.

Ale jak wróciłem to pokrowce założyłem, mało tego, pojechałem jeszcze do warsztatu, gdzie akurat udał się mój ojczulek Merolem, co to by zmienić olej;)

Potem goniłem tatę, który pojechał do pana Pawła, cudotwórcy-mechanika-magika stale serwisującego auta mojego taty (Ford też u niego stoi i się naprawia). Zrobiłem jeszcze dwa kursy typu od mechanika do domu, gdyż jakiejś pierdółki im brakowało. Plus z tego taki, że przynajmniej po dokręcałem sobie wszystkie śrubki w rowerze;)

W międzyczasie wpierdzieliłem tabliczkę białej czekolady na poprawę nastroju.

Aha, nie wiecie jak usunąć śniedź z drutów do błotnika? Bo wygląda to ohydnie i kłóci się z moim zmysłem estetycznym, hahaha!

______________________________________________________________________________

Macie, posłuchajcie, rozpierducha trochę:



PozdRower!


Dane wyjazdu:
19.18 km 0.00 km teren
01:03 h 18.27 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Z inna ekipką.

Niedziela, 20 marca 2011 · dodano: 21.03.2011 | Komentarze 5

W poprzednim wpisie zapowiedziałem jakieś poważniejsze kręcenie. No ale nie do końca mi się udało. Na 16 byłem umówiony z Kalwinem. Dojechać miał też Kacper. Wybraliśmy się do Łukania. Wracając od niego spotkaliśmy Kacpra prowadzącego 3 nowych rowerowych kolegów. Był to Sikor, Wiktor i Adrian no. 2.

Nie wiedzieliśmy gdzie jechać, zdecydowania brak. Po tym jak Łukaniu podpompował Kalwinowi i Kani kółka wybraliśmy się na małą ,niestety, przejażdżkę. Przez Bujny (wizyta w sklepie po to i owo), na Patyki, Łobudzice (znowu sklep), Tosin, Pożdżenice i Zelów.

Tempo generalnie takie sobie, wolałbym szybciej, ale nie będę nikogo popędzał:) Ogólnie jedna wielka pompa, śmiech to zdrowie, łahahaha.

Z ciekawszych spraw, co by tu wyłuskać? A, na Patykach koleś quadem jadąc na pełnym gazie prawie zawadził o rower Adriana no. 2. Brakowało milimetrów. Pożytek z tych quadzistów był taki, że przynajmniej dwóch chłopaszków na klozetach z silnikiem, czytaj: SKUTERACH, zwątpiło w zajefajność swoich plastikowych maszyn i odjechali. Oczywiście nie obyło się bez "palenia gumy w kopnym piachu" Co żal...

Oto kadr z naszego postoju na Patykach:

Postój musi być! © causeilovemybike


Ciekawe było też niebo, dokładniej chmury, które wyglądały jak rysujące się w oddali szczyty. Poczułem się jak w górach, hah. Robiłem zdjęcia telefonem, dlatego też tak hardo emanują beznadziejnością, którą pogłębiłem uwidaczniając efekt zaszumienia, bo po wygładzeniu było mdłe jak przeterminowana bita śmietana w sprayu. Ale bądźcie wyrozumiali;)

Chmury jak góry. © causeilovemybike


__________________________________________________________________________

Dobra, to byłoby na tyle;) Trzymajcie się i rowerujcie zdrowo!

Bye!


Dane wyjazdu:
13.59 km 0.00 km teren
00:45 h 18.12 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Działka.

Sobota, 19 marca 2011 · dodano: 20.03.2011 | Komentarze 4

W czwartek pojechałem do Lidla, bo napaliłem się na te nieszczęsne koszulki na rower. Niestety w Bełchatowie o 17 już praktycznie nic nie zostało. Dlatego też na otarcie łez wrzuciłem do koszyka licznik;) 25 zeta to żadne pieniądze, a każda pierdółka cieszy;)

Licznik z Lidla;) © causeilovemybike


W piątek wstawiłem rower do łazienki. Musiałem go trochę oczyścić i przede wszystkim założyć nowy licznik. Zostawiłem jednak ten stary, więc teraz szpanuję dwoma licznikami, ale tak na serio porównuje sobie wyniki. I z moich obserwacji wynika, że są niemalże identyczne. A poza tym nowy licznik ma wiele plusów: ma podświetlany wyświetlacz, licznik spalonych kalorii i tłuszczu, termometr, jest tani;)

W piątkowy wieczór przyszło mi sprawdzić licznik w kiepskich warunkach pogodowych. Pojechałem z chłopakami na działkę, kiedy wyjeżdżałem była chłodna wiosna, wracając do domu zaskoczył mnie śnieg;) Na cale szczęście niedaleko mam z domu na działeczkę, wiec lajt. A! To co najśmieszniejsze, kiedy wracaliśmy już do domów chłopaki zaliczyli tak epicką wywrotkę, że do tej pory się z tego nabijam, oni na całe szczęście nie nabili sobie guzów;)

Sobotę maiłem bardzo zajętą. Rano Piotrków, potem Łódź. A na koniec musiałem zacząć zakładać tacie w Fordzie pokrowce na fotele. Pocieszające jest tylko to, że upolowałem w Łodzi lidlowe spodenki na rower, a dziadek Przema w Sieradzu znalazł dla mnie koszulkę, git. Jak się uparłem, to się uparłem i dopiąłem swego;) Sobotni wieczór spędzony znowu na działce z chłopakami, było tak zarąbiście, jaja jak berety, dzikość, huragan i zamieć. Wow!

A dziś jest niedziela, a ja od rana pucowałem ojcu auto, bo było tak utytłane w środku, że szok. Poprzedni właściciel najwyraźniej przyjął zasadę, że mycie auta skraca życie. Ale udało mi się go doprowadzić do fajnego stanu, tak więc, gdybyście bikerzy chcieli skorzystać z przewozów okazjonalnych polecam się, a w zasadzie ojczulka;)

A teraz nara, czas na jakieś poważniejsze kręconko w ten weekend;)


Dane wyjazdu:
13.88 km 0.00 km teren
00:51 h 16.32 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Tu i tam z Aleksandrą K.

Poniedziałek, 14 marca 2011 · dodano: 16.03.2011 | Komentarze 2

Ola (nie ta od wpisu z mordewindem w tytule) chciała wykorzystać ostatni dzień ładniejszej pogody na drobną i spokojna przejażdżkę rowerową połączoną z załatwieniem kilku spraw. Mi to było na rękę, bo to i owo zrobić musiałem. Czyli dwie pieczenie na jednym ogniu, można powiedzieć, że nawet trzy.

Na początek pojechaliśmy do Przemka zawieść mu wyniki próbnej maturki z angola. Prawie zakopaliśmy się na jego podwórku, które śmiało mogłoby konkurować z torem motocrossowym.

Olusia chciała tez pojechać do Jurka, co to by umówić się na plac, bo chciała potrenować przed egzaminem na prawko. Jurka nie zastaliśmy;(

Potem byłem świadkiem gruchania dwóch gołąbeczków przez telefon, czyli Olusi i Indyka, hahh, zaręczyny były, teraz tylko pozostaje czekać na ślub i wesele:)

Akcja z dwoma sklepami kosmetycznymi to kolejny punkt programu. Zakupienie toniku do twarzy i pędzelka do malowania oczu to ważna sprawa. Dla Olusi. Ja pędzelków bynajmniej nie używam;)

Następnie wizyta u Bartka, w celu tym samym co "cztery piętra" wyżej (drugi akapit, jakby co). Oboje, tzn. Bartek i Przemek są chorzy i to wszystko dlatego.

A na koniec odwiedziliśmy Marynę, tj. Gosiaka. Po drodze na Mauryców ułożyliśmy bardzo długą piosenkę, podobnie z resztą jak droga do Gosi. A leciało to tak: "Jedzie sobie Gosia chodniczkiem rowerkiem z koszyczkiem" Dobry bit, trochę bassu i komercyjnie mógłby to być hicior. Gorsze shity w radio lecą;)

______________________________________________________________________________
A co do tematu matury, która szybciutko przemknęła w tym inspirującym wpisie, a jej widmo wisi nad każdym licealistą coraz bardziej z każdym rokiem nauki w LO i LP:


______________________________________________________________________________

Podsumowując: Leniwie, spokojnie. Jak najbardziej pozytywnie i nie złości mnie niska średnia, wszystko dzięki dobremu towarzystwu;) Pozdrawiam Olusię. I wszystkie inne Aleksandry także również serdecznie;)

Pozdrower Bikerzy!


Dane wyjazdu:
45.96 km 0.00 km teren
02:07 h 21.71 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Niedziela ze Szczercowem;)

Niedziela, 13 marca 2011 · dodano: 16.03.2011 | Komentarze 5

Niedziela przywitała mnie fantastyczna pogodą. Ciepłe promienie słoneczne przyjemnie docierały w każdych, zmęczonych ciężką zimą zakątków. Podnosząc głowę z łóżka pomyślałem, że taki dzień powinno się wykorzystać na wesołą przejażdżkę rowerem. Już miałem pisać do znajomków, kiedy dostałem SMS-a od Łukania z pytaniem, czy wybierzemy się na jakąś wyprawke. Oj taak!

Pomyślałem, że warto byłoby odwiedzić Szczerców. Dogadałem się jeszcze Kanią i po obiedzie mieliśmy ruszać. Niestety Łukaniu, jak to on, spadł z jakiegoś stołka i nie mógł jechać, bo odczuwał „przeraźliwy” ból;) Pozostało mi tylko wyruszyć z Kacprem.

Odwiedziliśmy jeszcze naszego chorowitka i po 14 wyjechaliśmy. I zaczęła się aria! A to, że wieje wiatr, a to, że daleko, a to Kacperka tyłek po sobotniej wyprawie boli. Ehhh. „Trzeba twardym być, nie miętkim”. Hahaa!

Ale jakoś poszło. Przynajmniej do granic Zelowa. Potem musiałem co jakiś czas stawać i czekać na kompana. Im dalej od Zelowa, tym dłuższe i częstsze były te przestoje. Aż wreszcie zawodnik chciał zrezygnować, byłem gotowy skrócić trasę i pojechać tylko na Ługi. Tak też oboje uzgodniliśmy. Niestety po kilometrze Kacperro zatelefonował i oznajmił, że wraca do Zelowa i mam jechać sam. Co tam! Samemu też się da!

Stwierdziłem, że na Ługi już się nie będę pchał, pojadę wprost do Szczercowa. I tak też uczyniłem, poprawiając tempo. Musiałem przecież uratować marną średnią;)

Jechałem więc nie wolniej niż z prędkością 25km/h, idealna prędkość na trekkingu, żeby się nie zmęczyć, ale też nie zanudzić. Ja przynajmniej tak sądzę;)

Po drodze minąłem pewien budynek, którego dawne przeznaczenie zawsze mnie zastanawiało, kiedy jeździłem do Szczercowa, czy rowerem, bądź samochodem z dziadkami lub rodzicami. Pasuje do mojej serii zdjęć miejsc wybudowanych przez człowieka i wyłączonych z użytkowania, tak więc umieszczam na blogu;)

Pewnien budynek... © causeilovemybike


Kawałeczek dalej serdecznie przywitała mnie gmina Szczerców:

Gmina Szczerców wita! © causeilovemybike


Jechałem nadal tą samą drogą wojewódzką numer 483, aż wreszcie zatrzymałem się przy jednym z bunkrów z czasów wojny. Dziadek pokazywał mi kiedyś, kiedy byłem mały, jakieś bunkry w lesie, ale teraz miałem troszkę więcej czasu na zgłębienie tematu i przeczytałem tekst z tablicy:

Szczercowski Szlak Bojowy © causeilovemybike

Tym samym pojawiła się w mojej głowie wizja wycieczki śladem owych bunkrów, kolejny cel do serii weekendowych wyjazdów;)

Jeszcze tylko bunkier, z Lalunią oczywiście, jakoś nie mogłem się powstrzymać;)

Trans Alp i jeden z bunkrów © causeilovemybike


Dalej przywitało mnie skrzyżowanie z sygnalizacja świetlną. Szkopuł w tym, że zamontowany jest czujnik, który „wyczuwa” tylko samochody. Tak mi się bynajmniej wydaje, bo kiedy stanąłem w odpowiednim miejscu rowerem, to stałem i czekałem, czekałem, czekałem, aż pojawi się sygnał zielony. A tu ciągle groźnie świeciło czerwone. A kiedy za mną pojawił się samochód i z drugiej strony skrzyżowania również, wtedy wreszcie pojawiło się zielone światło;)

Jeszcze tylko skrzyżowanie... © causeilovemybike


Szybki start pod świateł, kilkaset metrów dalej byłem już w Szczercowie:

Szczerców zdobyty;) © causeilovemybike


Wydaje mi się, że Szczerców jest ładniejszy niż Zelów. Jakoś tak tutaj milej, przytulniej, ładniej. Nawet kościół mają bardziej wypasiony niż w Zelowie;)

Kościół w Szczercowie © causeilovemybike


Troszkę się rozejrzałem i pojechałem przez most, w stronę Traktu Puszczańskiego, miejscowości, w której mieszka moja ciocia. Akurat u cioci w odwiedzinach byli moi dziadkowi. Zaparkowałem więc Lalunię koło fury dziadka i zadzwoniłem do drzwi. Ciocia zdziwiła się, że przyjechałem do niej rowerkiem. Dziadkowie z resztą też;)

Wypiłem herbatkę, zjadłem ciastka i zebrałem się w drogę powrotną do Zelowa, podobnie jak dziadek i babcia;)

W czasie, kiedy wracałem słońce już zaczęło zachodzić. Zastanawiałem się czy nie wskoczyć jeszcze na monet na Ługi, ale w ostateczności stwierdziłem, że zostawię to na osobną wycieczkę;) Ale koniecznie muszę tam być o zachodzie słońca, wtedy są świetne widoki. Warto, żebym też chociaż raz w życiu zobaczył wschód słońca, bo jak do tej pory nigdy nie udało mi się tak wcześnie wstać.

Oto kilka zdjęć, które wykonałem wracając do domu;)

Po jednej stronie mosu taki widok:
Rzeczka nieopodal Lubca © causeilovemybike


A po drugiej taki:
Zachod słońca ujęty z mostku © causeilovemybike


Sielski widoczek z Podlesia:
Bale siana i niebo. © causeilovemybike


A teraz niebo uchwycone za Wypychowem:

Czarujące niebo © causeilovemybike


__________________________________________________________________________

Już 21 marca, czyli w Pierwszy Dzień Wiosny lub jak kto woli Dzień Wagarowicza, a ostatnio także w Dzień Odkrywania Talentów (tak zadecydował Minister Edukacji ) premierę ma nowa, solowa płyta Piotra Roguckiego, wokalisty mojej ukochanej COMY.

A to próbka z tego co na płycie:

A jeśli jestem przy Rogucu i Comie:
Zbyszek półtora kilometra;) © causeilovemybike

__________________________________________________________________________

Pozdrower!


Dane wyjazdu:
48.64 km 0.00 km teren
02:28 h 19.72 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Odwiedziny Bełchatowa

Sobota, 12 marca 2011 · dodano: 13.03.2011 | Komentarze 5

Nadeszła piękna pogoda, ciepło, słonecznie, z delikatnie-niedelikatnym wiaterkiem co jakiś czas. Zgadałem się z Patrykiem kumplem z Bełka, że go odwiedzę;) Udało mi się także namówić Kanie;)

Zrobiłem sobie dwie kanapeczki, bo oczywiście mama nie wyrobiła się z obiadem. Kania się spóźniał, toteż wystartowałem dość wkurdemolony. Ale tak mniej więcej zgodnie z planem, bo o 14 z minutami;) Pierwsze co usłyszałem od Kacpra to, że wieje i nie wie czy to najlepszy pomysł ten Bełchatów. Pierdzieli głupoty, musi troszkę dmuchać, żeby się człowiek dokładnie przewietrzył.

Na górce koło cmentarza w Łobudzicach słyszę: "Mógłbyś trochę przyspieszyć", tłumacze mu, że takie tempo jest dobre, bo potem nie będę go holował. Jadę sobie jakieś kilka minut bez oglądania się, aż wreszcie patrze do tyłu, a Kacperka już nie widać;) I tak z grubsza było do samego Bełchatowa, że musiałem się co kilka kilometrów zatrzymać, żeby mógł mnie dogonić;) A z kanapek wylazł mi dżem i wrzuciłem je Kacprowi do plecaka;)

Tak wyglądał jak mnie dogonił i zrobiliśmy sobie krótki postój;)

Kacper "Kolarzysta" © causeilovemybike


A tak prezentował się mój rower podczas g
dy czekałem na Kolarzystę. Heh, wymyśliłem dla niego nową ksywę;)

Lalunia w rozbłysku © causeilovemybike


Aż wreszcie wjechaliśmy do Bełchatowa, w zasadzie ja pierwszy, a 200 metrów za mną posuwał się Kolarzysta. I jeszcze spotkałem rozkraczonego TIR-a przy drodze.

Sobotnia przejażdżka. © causeilovemybike


Następnie ścieżkami rowerowymi do Patryka pod dom, ale niestety musiałem do niego zadzwonić, bo nie byłem pewien, w którym mieszka, bo ta zabudowa szeregowa mnie przeraża, wszystkie te domki takie same;) Pogadaliśmy sobie i udaliśmy się na Shella, bo Patryk pierwszy raz od zimy używał roweru i musiał dodać troszkę ciśnienia w kołach. Potem pojechaliśmy do mojej cioci, która uraczyła nas herbatką z cytrynką i żelkami. Nie przypadkowo ciocia jest moją chrzestną, urodziliśmy się tego samego dnia (ale nie tego samego roku ofc!) i oboje lubimy żelki w ilościach hurtowych!

A potem już tylko Kacper pojechał odwiedzić babcie w szpitalu, a ja z Patrykiem chwile na niego czekaliśmy. Znowu kilka minut rozmowy i do domu, zrobiło sie ciemno, a Kacper nie ma świateł. Co za olama;/

No to pojechaliśmy boczna drogą. Przez Ławy, Rożniatowice, Grabostów, Bujny i aż do Zelowa;)

Jeszcze tylko fotka w "bezdasznym" przystanku autobusowym w Rożniatowicach. Jestem ciekawy kto jest sprawką takiego ogołocenia przystanku, silny wiatr czy może miała miejsce pomoc ze strony silnych wiejskich chłopaków;)

Przystanek w Rożniatowicach © causeilovemybike


A po dotarciu do Zelowa wizyta na Kwasie, gdzie były akurat dziewczyny i koniecznie chciały "sweet focie". No to mają;)

Dziewczęta;) © causeilovemybike


__________________________________________________________________________
I to by chyba było na tyle. Muszę napisać jeszcze notkę z dzisiaj;)

POZDROWER!


Dane wyjazdu:
24.20 km 0.00 km teren
01:14 h 19.62 km/h:
Maks. pr.:42.50 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Czwartkowa laba.

Czwartek, 10 marca 2011 · dodano: 13.03.2011 | Komentarze 0

Lubię czwartki. Mam tylko pięć lekcji i powoli można zacząć odczuwać weekend;) Tym razem miałem mieć trzy lekcje, w dodatku niezbyt ważne, więc zapowiedziałem mamie, że do szkoły nie idę.

Pojechaliśmy na Cegielnie, pogadaliśmy, powygłupialiśmy się i było git. Miało być nas więcej, ale ludzie jak to ludzie, nie dopisali;(

Potem odprowadziłem Muchę na chatę i pojechałem sobie okrężną drogą do domu, przez Kolonię Pożdżenice. Jechało mi się naprawdę fajnie, bo miałem wiatr w plecy albo bok, podczas gdy jechałem z Bartkiem wiało nam centralnie w gębę.

Koło Saskiej zadzwoniła do mnie babcia i zaprosiła do siebie, więc sprintem po Kościuszki szybko do niej dojechałem;) I podnosiłem wciąż zaniżoną średnia po jeździe z "bejbasami" na Cegielnie.

U babci sobie pojadłem, popiłem kawki i ruszyłem do domu. Również szybkim tempem. Po powrocie do domu zjadłem obiad i byłem już okrutnie nażarty;)

O 16 przyjechał z pracy mój tata i pojechałem z nim i chłopkami, tj. Łuknaiem i Kanią do Bełka do rowerowego, gdzie Kacperek przez pół godziny maglował sprzedawce i wypytywał się o najróżniejsze rzeczy;) Koleś ewidentnie cierpliwy, bo odpowiadał i odpowiadał. A w tym czasie ojczulek z Łukaszkiem palili fajansy pod sklepem;)

W międzyczasie wizyta w markecie i zakupienie cudownego specyfika do silnika samochodu, który ma zmniejszać dymienie i chronić serce samochodu;)

A na sam wieczór wydarzenie dnia. Kacperek kupił rower, przyjechał się pochwalić. No to się z nim przejechałem, zrobiliśmy małą pętelkę. Świeżo upieczony właściciel niebiesko-żółtego Brosa postanowił pochwalić się Ściechowi. Kolo popatrzył na rower i zaproponował wyścig. Jedna druga po Płockiej. Efekt taki, że kiedy ja kończyłem Kacper był w połowie drogi, a Ściecho w 2/3;) A nawet ósmej przerzutki nie użyłem;)

Ale spało mi się dobrze, bo to był miły rower z rowerowymi motywami;)


Dane wyjazdu:
21.60 km 0.60 km teren
01:00 h 21.60 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Prawie jak serwisant;)

Środa, 9 marca 2011 · dodano: 09.03.2011 | Komentarze 1

Olusia zapowiedziała, że podeśle swojego Giancika do mnie na małe oblookanko. Myślałem, że sobie podłubię, powymieniam jakieś części, a tu nie ma! Rower trochę ukurzony, ze spuszczonym powietrzem i troszkę niedoregulowaną przerzutka. Ehhh, jaka szkoda...

Oczywiście towarzyszył mi Kacper, który spędza ze mną za dużo czasu. Począłem czyścić i pucować sprzęt, co to by błyszczał się i sprawiał dobre wrażenie;) Przystąpiłem do pompowania kół. Z tyłu standardowy zawór Dunlopa, rowerowy i git, wszystko jasne. Ale z przodu niespodzianka! Co to jest, zawór Presta!

Ohoho, wizyta w wulkanizacji. Niestety pani wulkanizatorka, taaak, kobieta, nazywana przez nas w Zelowie "Gumką" powiedziała, że takich bajerów to ona nie ma. Pomyślałem o zmianie dętki na taką z klasycznym zaworkiem, choćby Schradera (haa, ale sie podszkoliłem), ale pomógł Przem, który powiedział, że ma odpowiednią pompkę, po którą pognaliśmy, a Kacperek musiał za nami nadążyć. Tak się starał, że upierdzielił łańcuch w Wheelerze mojej mamuśki.

Po drodze do domu z pompką obejrzałem jeszcze rower, który Kacper chce kupić od kolesia. Piękny żółto-niebieski Bross, znakomity przykład makrokeszu. Ale za półtorej stówki nic lepszego raczej nie upoluje. A ten przynajmniej jest sprawny, niezbyt zniszczony i powinien być całkiem git w codziennym użytkowaniu.

Na koniec dnia postanowiłem zrobić jeszcze krótka traskę z Przemem, ale niestety został on zatrudniony przez swoją mamuśkę do robienia jakiejś prezentacji multimedialnej. Cóż, wybrałem się sam. Jeszcze przy okazji zrobiłem dobry uczynek i kupiłem chlebek;) Miałem też okazję podjarać się moim światłem w Laluni, które zawsze było zarąbiste, ale już zapomniałem jak bardzo. Kiedyś zaprezentuje Wam jak dobrze świeci;) Chyba już pisałem o policjancie, który mnie zatrzymał i zapytał skąd mam takie światła, bo tak dobrze "dają po oczach"?

____________________________________________________________________________

Przeczytałem teraz o targach rowerowych w Warsaw i chciałbym jechać, ale nie wiem czy tata będzie taki dla mnie wspaniałomyślny. Oby jednak był;)

Pozdrower!


Dane wyjazdu:
17.63 km 3.20 km teren
00:58 h 18.24 km/h:
Maks. pr.:35.10 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Dość złożony dzień.

Wtorek, 8 marca 2011 · dodano: 08.03.2011 | Komentarze 3

Dziś Dzień Kobiet. Niedługo się kończy, ale chciałbym wszystkim Bikerkom i nie tylko, również nierowerowym dziewczynom, kobietom i staruszkom, złożyć najserdeczniejsze życzenia!


A teraz do rzeczy. W tym roku Święto Kobiet zbiegało się z ostatkami. W mojej szkole panuje tradycja, że wszyscy się przebierają, jest gwarno, wesoło, zamieć i harmider. Ja oczywiście postanowiłem się wyspać, co niestety mi się nie udało, bo przed 9 zagościli u mnie chłopcy i chcieli kasę na kwiatki, oczywiście zrzuta. Zaspany dałem im money, ale potem sie obudziłem i poszedłem z nimi po te nieszczęsne roślinki. Zapłaciliśmy 100 złotych. Idealnie pasuje tutaj opis Barta (właśnie spojrzałem na GG), że pieniądze rozpłynęły się w kwiaciarni. Następnie w szkole rozdaliśmy kwiaty i zmyłem się do domu. Później siedziałem i się obijałem, ale przyszli Kacper i Łukaniu. I tu kończy się nierowerowy wątek, wszyscy, których interesują tylko rowery a nie moje pokopane życie niech zaczną czytać od tego momentu;)

Pojechaliśmy w pewne miejsce. Pisałem teraz do Łukania, żeby mi powiedział co to było, ale niestety nie odpisuje. Kojarzy mi się coś, że to jakaś opuszczona towarowa centrala kolejowa. Znając życie coś pokopałem. Nie mniej jednak idealnie pasuje do czwartej edycji konkursu fotograficznego organizowanego przez Allegro.pl, o którym powiedział mi Łukaniu;)

A miejsce prezentuje się tak, uwaga, zdjęcie z telefonu, taka przedsesja.

Miejsce, którego nazwy nie znam. Przeznaczenia też. © causeilovemybike


Potem byliśmy u Kani, który wpierdzielił wątróbki, blee. Wcześniej jadł u mnie naleśniki i nadal był głodny, haha. Aha, dopompował jeszcze powietrza do tylnego koła.

Potem odprowadziliśmy Łukania do domu, przejechaliśmy się z Kacprem kawałek (oczywiście zapomniałem dodać na początku, że pożyczyłem Kacperkowi rower, co spotkało się ze zmartwieniem mojej mamy o przyszłość kół, bo Kacperek przecież za lekki nie jest). Odwiedziłem też działkę i z przykrością muszę stwierdzić, że w altance coś mi śmierdzi;( To przykre. Zapach w szczególności.

Dalsza część to:
-obejrzenie pokrzywionej tarczy składaka Kacpra (by Mięsny)
-telefon do rowerowego i news, że stary Kettler już żyje
-sprzątanie podwórka i monologi Kacpra
-wizyta w sklepie i tu się zaczyna:)

Pod Polo i w zasadzie Sedalem też, spotkaliśmy Dusię, która sprzedawała kwiatki. Biedulka! Dzień Kobiet, a ona musi marznąc! Wspieraliśmy ją z Kacprem, dałem jej czekoladę, co to by się dziewczyna posiliła. A potem pomyśleliśmy i zrobiliśmy coś jeszcze bardziej pożytecznego. Herbatka w termosie! Klaudia stwierdziła, że jestem szalony, ale kochany. Jak najbardziej wiem o tych moich cechach, wszakże jestem tez skromny!

A na finisz została nam trasa z Łukaniem, który postanowił zawieść tulipany naszym pożdżeniczankom;) U Agnieszki oburzenie wywołał fakt, że ona dostała tulipana, a Ola róże. Był foch z przytupem, wszystko oczywiście w formie żartu;)

Na na prawdziwy finisz finiszu wizyta u babci. Krótka, szybka i treściwa z obietnicą, że jutro się pojawię i posiedzę dłużej. Babcia ma ciasto, więc jak najbardziej ją odwiedzę. Ha!

I to na tyle, dziś opublikowałem aż dwa wpisy, łohoho!

________________________________________________________________________

Aha, posłuchajcie jeszcze tego. Gosiak ma to w opisie i kazała mi posłuchać i ja stwierdzam, że Wy też powinniście:)


Adios! Pozdroweros!