Info

avatar Ten blog rowerowy jest prowadzony przez causeilovemybike z miasta Zelów. Przejechałem 4396.94 kilometrów, z czego 118.53 w terenie. Moja średnia prędkość to 20.29 km/h
Chcesz wiedzieć więcej o mnie?.

baton rowerowy bikestats.pl

Kontakt


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy causeilovemybike.bikestats.pl

Licznik odwiedzin


Od 16 października mój blog odwiedziło Liczniki odwiedzin osób;)
Dane wyjazdu:
38.20 km 12.98 km teren
02:21 h 16.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Wmordewind z Olcią;)

Niedziela, 6 marca 2011 · dodano: 07.03.2011 | Komentarze 1

Już dawno umawiałem się z Ola na wycieczkę. Ostatnio wyskoczył jej wyjazd do dziadka, o czym również pisałem. Wytrwale śledzący mój blog, którzy są w stanie znieść moją składnie wiedzą o co chodzi;)

Więc do dzieła! Jest o czym pisać, jak najbardziej! Niedziela jest po sobocie, a w sobote są imprezy. W tę sobotę też była, a jakże. Toteż trzeba było oczyścić organizm, zrelaksować się i dotlenić.

Padło na Olę, bo chciała, w przeciwieństwie do innych, którzy nie chcieli, Prosto i logicznie.

Punkt 12, może nie do końca, bowiem z moją punktualnością jest różnie, podjechałem na Saską, gdzie już czekała Ola! Zuch dziewczyna. Po drodze dotarło do mnie, że nie będzie łatwo, bo wicher był momentem taki, że spychało mnie z drogi. Oj tam, ale niebo cudnie zachęcało. I chmurki. Płaska podstawa, pierzasty szczyt, jak sprawdziłem były to stratocumulusy, bynajmniej tak wywnioskowałem. I pomyślałem teraz, że może pójdę na mereologię? Hmm, kwestia warta zastanowienia i wewnętrznej debaty;)

No dobra, odbiegłem od tematu. Wtem Ola wyskoczyła z mapką okolicy i wskazała mi cel naszej wspólnej podrózy...

Ola i jej magiczna mapa! © causeilovemybike


Obradziliśmy gdzie, co i jak i ruszyliśmy śmiało w drogę. Nie spodobało się to najwyraźniej wiatrowi, który postanowił nauczyć nas pokory. Podobnie jak wyboista droga przez Ignaców. Trochę mi tyłek wytrzęsło mimo amortyzowanej sztycy siodełka, heh.

Po pokonaniu dziur, kamyrów i innych cholerstw wjechaliśmy na moment na drogę numer 483 bodajże, po czym skręciliśmy w stronę Petronelowa;) Następnie według wskazań mapy, a raczej Oli, która ową mapą operowała mieliśmy wjechać na polną drogę, bo asfalcik miał się skończyć;) I wszytko się zgadzało, więc mogłem pozwolić sobie na podziwianie terenu, podczas gdy Aleksandra znowu zagłębiła się w mapkę.

Kolejne sprawdzanie mapy © causeilovemybike


Przy robieniu tego zdjęcia stwierdziłem, że idealnie komponuje się z pejzażem i niech nie waży się usuwać mi z kadru...

Skręcić mieliśmy w prawo za ostatnim domem, do lasu. W zasadzie nie wiem, czy to była ta droga, o którą chodziło, mimo wszystko pojechaliśmy tam. Nawet dobrze, bo przyłapaliśmy kury w takiej oto sytuacji:

Kurki i ich chyba poranno-południowa toaleta © causeilovemybike


Były trzy kury, Jedna jakaś brązowo-ruda, jak to kura. Dwie jednak była ładniejsze. Obie czarne, z tym, że jedna połyskiwała na niebiesko, druga natomiast na zielono. Co do kur jeszcze mogę napisać, to bardzo ciekawe, jak kury w naszym kraju uwielbiają przechadzać się po ulicach, dziobać cosik w rowach, fascynujące doprawdy;) I to koniec kurzanego wątku;)

Na mapie nasza ścieżka miała krzyżować sie 3 razy. W dezorientację wprawiło nas to, że co chwila naszą ścieżkę przecinała jakaś inna. I w zasadzie to już nic nie wiedziałem, było mi fajnie, bo na rowerze, w lesie, miło, wesoło i zabawnie. A jeszcze lepiej, bo na Laluni, a nie na tamtych zgrzytach, ooo!

Lalunia, las i koleiny na drodze © causeilovemybike


Po iluś tam metrach, setkach metrów, bądź też po jakiejś liczbie kilometrów, nie wiem, nie patrzyłem na licznik, spotkaliśmy w lesie, w samym środku lasu, starego Mercedesa MB na "obcych" blachach, to znaczy, nie z naszego województwa. Hmmm, ciekawa sprawa. Olka stwierdziła, że pewnie to jakieś morderstwo i że czuje zapach trupa. Ja po użyciu chusteczki i opróżnieniu nozdrzy nie potwierdziłem jej tezy, ale wskazałem jej na ślady ciągnięcia zwłok, niestety nie uwierzyła. A tak szczerze mówiąc, to szkoda, ze nic się nie wydarzyło, byłoby ciekawiej!

Tajemniczy samochód w lesie © causeilovemybike


I tak sobie dalej jechaliśmy, wymyślając coraz to ciekawsze teorie na temat tajemniczego samochodu, kiedy wyjechaliśmy z lasu. Upss, jeziorko miało byc w lesie! Ale stał znak i przeczytaliśmy sobie regulamin zachowania w lesie. Żadnego punktu nie złamaliśmy;) Zwłaszcza ósmego, bo Grzyb siedzi w domu. (CI CO MAJĄ WIEDZIEĆ, WIEDZĄ O CO KAMAN:))

W lasach zabrania się! © causeilovemybike


Ehh, są domy, cywilizacja tu dotarł, bardzo dobrze. Stanęliśmy pod jakimś domem. Patrzymy na tabliczkę, jest napisane "Żeglina", co to kurr... jest!? I gdzie to?! Z domu wychodzi jakaś kobieta, której Ola mówi "dzień dobry", ja natomiast z rezygnacją w głosie pytam grzecznie gdzie jesteśmy. Spojrzała się na nas jak na debili. Pokazujemy jej mapkę. Patrzy bezradnie, po chwili już wiemy, gdzie jesteśmy! Nieopodal Luciejowa! "Troszkę" nam się za daleko pojechało. Ola wykonała kilka telefonów do taty, który wytłumaczył co i jak, bowiem mój na informację, że nie wiem, gdzie jestem stwierdził, żebym go nie denerwował, bo nie ma czasu na żarty. No dobraa:)

Pogoda była specyficzna © causeilovemybike


Drogę odnaleźliśmy. Będąc już blisko "mety" spotkaliśmy kilka sarenek biegnących przez pola. Zrobiłem im zdjęcie, ale trochę słabo wyszło, więc Wam nie pokażę. Wydaje mi się, ze były to te same sarenki, które spotkaliśmy w lesie, ale Olka zaczęła się podniecać jakie są ładne i jakie mają fajne białe dupki, że się spłoszyły;(

Ale mam za to zdjęcie drzewa. Nie wiem, ale lubię robić zdjęcia samotnym drzewom na polach, jak dla mnie mają w sobie coś niezwykłego, nie potrafię tego bliżej określić...

Kolejne drzewo. © causeilovemybike


Jeszcze jeden telefon. Tata Oli wytłumaczył nam, którędy mamy jechać. I trafiliśmy.

Teraz tylko jeszcze małe przeszkody terenowe, w głównej roli Ola:)

Ola pokonuje trudności terenowe © causeilovemybike


Rozejrzeliśmy się po okolicy, byli nawet jacyś ludzie, ale zaraz odjechali, może się spłoszyli?

Oczywiście dumni z naszego „niebagatelnego” osiągnięcia postanowiliśmy zrobić sobie wspólne zdjęcie:)
Cel zdobyty! © causeilovemybike

Za statyw do aparatu posłużył nam pinek I ławeczka. Oto foto, które pokazuje walkę: causeilovemybike (Ja) vs. Pinek vel. Statyw;)

Oglądam pajączka © causeilovemybike


Okazało się także, że na pinku znajduje się zamarznięty pajączek, którego sobie podziwiałem, a Ola ustrzeliła fotkę;)

Zamrożony pajączek © causeilovemybike


Stwierdziłem też, że skoro my mamy już zdjęcie, to czas na nasze rowery, które też powinny przypozować. Ustawiłem je elegancko, wyglądają tak, jakby dawały sobie buzi;) Żartowałem z Olą, że może wyjdą z tego jakieś rowerki;)

Rowerowy cmoook! © causeilovemybike


Następnie przenieśliśmy się na kładkę, z której był dużo fajniejszy widok. Patrzyliśmy, gadaliśmy. Aż tu nagle zaczął sypać delikatnie śnieżek! Wyjechaliśmy była wiosna, wietrzna, ale wiosna, a ty nagle dogoniła nas zima. Na całe szczęście uciekliśmy jej;)

Jeziorko-widok z kładki © causeilovemybike


A na koniec jeszcze fotka zrobiona na sam koniec (dziwnie to brzmi), troszkę przed odjazdem, zrobiona z kładki przez Olcię-rowerzystkę;)

Jakaś przezimowana roślinka © causeilovemybike


____________________________________________________________________________

To by było na tyle, bikerzy. Wpis powstawał dwa dni. Z tego tytułu jest trochę nieskładny, bo pisałem i szedłem sobie gdzieś, potem wracałem i znowu dopisywałem;) Dzięki i pozdrawiam!


Dane wyjazdu:
9.25 km 0.00 km teren
00:30 h 18.50 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Długa historia.

Czwartek, 3 marca 2011 · dodano: 03.03.2011 | Komentarze 4

Zaczęło się we wtorek, piękny wtorek 22 lutego! Nareszcie przyjechała obręcz. Uparłem się, że kupię taką samą i dopiąłem swego. Jest jaka jest, ale tak miało być i tyle. 50 złotych i 43 grosze, a tyle zadowolenia!

Tak więc wszedłem do domu, a moim oczom ukazało się obfite pudło:

Tak, wreszcie! © causeilovemybike


Chwila zmartwienia, czy to aby na pewno to, o które mi chodziło, więc otwieram, patrze, tak, wszystko git majonez;) Ahh, ciekawe, pudło cięższe od samej obręczy. Ale przydało się, bo wpakowałem w nie wszystkie moje pudełka i pudełeczka poustawiane na szafie;)

Generalnie gratuluje sam sobie, że wcześniej nie pomyślałem, żeby napisać do Kross i zapytać o tego nieszczęsnego Macha 1 Exe;)

Tak więc zadowolony odwiozłem koło do Bełchatowa do zaplecenia. Odebrałem dopiero w poniedziałek następnego tygodnia. Nawał zajęć, pracy i imprez;)

W międzyczasie dokupiłem sobie także łańcuch, gdyż stary ściągnąłem i zamontowałem w zimowym rupciu;)

Sram PC 850 © causeilovemybike


Rowerek odebrałem, przywiozłem z Faderem do domu, przejechałem się i... muszę niestety dokupić nową zębatkę. Głupota moja. Jak łańcuch nowy to i zębatkę trza by było zmienić, zwłaszcza, że stara już się starła;)

Oczywiście delikatną pierwszą jazdę uskutecznić musiałem, bo byłbym chory!

Dzisiaj posprzątałem komórkę, co to by Lalunia miała w ogóle gdzie parkować, zapewniam Was, że takiego syfu w garażu nikt z was nie ma! Ale aktualnie sytuacja opanowana, cud, miód i orzeski;)

Z Przemem i Kacprem dowiedziałem dzisiaj moją "opętaną" działkę, szykuje się impreza, huhu!

Wiosna idzie, dziś, wczoraj, w ogóle jakoś ostatnio jest ładnie:) Słonko, błękitne niebo, ahh!

Tak, jest fajnie!

_______________________________________________________________________________




Dane wyjazdu:
12.02 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Wiejski lajt;)

Czwartek, 17 lutego 2011 · dodano: 17.02.2011 | Komentarze 4

Dzisiejszy dzień bardzo mi się podobał.

Z racji bardzo ważnych i długich lekcji nawet moja mama uznała, że nie ma sensu mnie w ogóle ciągnąc do szkoły i mogłem sobie smacznie pospać.

Chociaż nie tak do końca, bo tata sobie wymyślił jakieś wędzenie szynek u wuja i cioci na wsi i musiałem z mamą tam jechać i tego dopilnować...

Akurat śniło mi się, że jadę na rowerze z błotnikami w kwiecisty wzór, taki jakby hawajski. Zjeżdżałem w dół drogą w Szczyrku (tam, gdzie "biłem" moje rekordy prędkości) i nie miałem hamulca i krzyczałem, że w coś uderzę. No i się kurde nie dowiedziałem w co walnę, bo się obudziłem i teraz mnie to bardzo ciekawi. A wiem dlaczego śnił mi się rowerek z kwiecistymi błotnikami. Szukałem kół i przeglądając internetowe sklepy rowerowe znalazłem taki fajny dzwonek i gdzieś musiało mi się to w psychice zagnieździć;)

No ale dobra, do rzeczy. Pojechałem gdzie miałem pojechać. Akurat wpychali te ohydne szyny do siatek i wsadzali do wędzarni. Czasami wolę nie wiedzieć co jem, jakoś tak lepiej mi smakuje;)

Korzystając z chwili poszedłem nad pobliską rzeczkę, która już niestety strasznie zeszczuplała, jeśli można tak napisać o jakimkolwiek cieku wodnym.

Rzeczka i kładeczka;) © causeilovemybike


Rzeczka niestety niezbyt czysta. Jej brunatny kolor mocno kontrastuje z bielutkim lodem na brzegu. Zastanawia mnie, co wpływa na kolor lodu. Ten wygląda jakby to nie był lód, ale takie zamrożone mleczko, albo śmietanka;)

Teraz przypomniało mi się, jak byłem mały i jeździłem z rodzicami do wuja Heńka i cioci Zosi, to zawsze bałem się przejść przez tą kładkę, bałem się, że spadnę;) Do dziś pamiętam dumę, która mnie rozpierała, jak przeszedłem po niej samodzielnie pierwszy raz. Niby nic, ale dla mnie ważne wydarzenie. Idealne dla pięciolatka;) Haa!

Wracając do nieodległych wiejskich klimatów. Teraz czas na kury. Są wdzięczniejszym tematem do fotografowania i w ogóle. A poza tym lubię jajecznice! I umyślnie dodaję zdjęcie koguta, wiem, że nie znosi jajek, ale prezentuje się dumniej niż kury. I generalnie jakoś wdzięcznie ustawiał się do zdjęcia, to w takim wypadku musi zadebiutować w internecie;)

Kurczak ze swoją świtą;) © causeilovemybike


Chciałem jeszcze dodać zdjęcie z gołębiami, ale skubane się spłoszyły i nie chciały wyściubić dzióba z gołębnika, a szkoda, bo gołąbki wujaszek też ma całkiem do rzeczy;)

Ahhh, miło było. Wróciłem do Zelowa i podjechałem do Łukania. Posiedzieliśmy trochę u niego i wspólnie udaliśmy się do Urzędu Miasta, bo podobno na tablicy wisi zdjęcie, które zostało zrobione w czasie budowy obserwatorium astronomicznego w mojej szkole i ja na nim jestem! I to w jakim ciekawym momencie! Jadę na rowerze Kacpra Kani Majewskiego. Czerwony Jubilat, ja i moje rozwiane przez wiatr włosy. Ze też musiałem się w takim momencie napatoczyć;/ Mam nadzieję, ze to tylko osoba bardzo do mnie podobna. W zasadzie zdjęcie nie jest stu procentowo wyraźne...

Podsumowując: Przyjemny dzień. A teraz do nauki, bo jutro już mi się tak gładko nie upiecze i od lekcji się nie wymigam:( Czeka na mnie fizyka, biologia i wos, angol z resztą też;)
_________________________________________________________________________
Kanał "500 Rock Hits" na Open FM i jakoś to będzie;)




POZDROWER!


Dane wyjazdu:
21.68 km 0.00 km teren
01:10 h 18.59 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Niedzielny luz.

Niedziela, 13 lutego 2011 · dodano: 14.02.2011 | Komentarze 3

Siedzę właśnie nad miseczką zupki chińskiej, pomidorowej podobno, bynajmniej na to wskazuje jej kolor i myślę jak to wczoraj wyglądała moja mała, w połowie samotna wycieczka rowerowa. No tak, niedzielnym wieczorem byłem już padnięty z powodu napisania hurtowo zaległych wypracowań na polski. Ale dzisiaj już mogę coś wystukać w tej mojej Carrefurowej klawiaturze za 11,98;)

Hmm, wraca mi pamięć! A więc nie zaczyna się zdania od "a więc", ale jestem u siebie i musicie to znieść;) Wstałem około 10, to bardzo wcześnie, zważywszy na fakt, ze wróciłem do domu z imprezy przed trzecią w nocy;) I co przykuło moją uwagę Niebo! Idealny błękit, gdzieniegdzie urozmaicony białawymi, delikatnymi bardziej lub mniej chmurkami:) I słońce oczywiście w pakiecie:) Lubię takie wiosenne, pozytywne pakiety ciepła i relaksu;)

W piątek będąc w naszym kultowym już zelowskim parku o nazwie Kwas umówiłem się z Olą, ze zabieram ją na wycieczkę, ucieszyła się i powiedziała, że z chęcią, bo już dawno nie jeździła. Dla mnie oczywiście też był to wielki plus, bo Ola to dziewczyna na wskroś pozytywna i taki kompan w słonecznym kręceniu jest jak najbardziej zalecany;) Niczym cytrynka w herbacie w mroźne dni;) Dziwne porównanie... Wysłałem jej więc SMS-a wskazując na piękną, słoneczną i bezwietrzną pogodę i zestawiłem to z naszymi piątkowymi założeniami. Niestety Ola nie mogła wywiązać się z obietnicy (już ja przypilnuję, żeby jednak dotrzymała w późniejszym terminie), ponieważ musiała jechać z rodzicami do swojego dziadka, bo obchodzi urodziny. Dziadziusiowi Oli wybaczam, że poniekąd porwał mi kompankę podróżny, bo też lubi jeździć rowerem i często popierdziela po bełchatowskich ścieżkach na swoim rumaczku;) Inni też zawiedli. Majron stwierdził, że jest za zimno, a to mięczak! Łukaniu był, jakby to powiedzieć nieco niedysponowany i musiał poczekać na obiad. Adrian początkowo nie odpisał, odezwał sie dopiero jak zrobiłem już jedno kółko;)

No to pojechałem sam, czemu nie, mogłem przynajmniej jechać w spokoju, ciszy, odprężyć się i jechać spokojnie, z pełnym dostojeństwem;) Tylko frapowała mnie jedna rzecz. Odkręcone tylne koło... W piątek wtaszczyłem do pokoju rower taty żeby go doprowadzić do użytku, wyczyścić i w ogóle. Wyczyściłem, wyszorowałem, wypucowałem na błysk, ale oczywiście musiałem grzebać przy kole, tylnym. No i tak grzebałem, że gwint na prastarej ośce zerwałem i koła dokręcić się do końca nie dało. Pech to pech. Jak znosiłem go po schodach nie odpadło, czyli trzymało się wystarczająco by móc na nim jechać;)

Sobotni domowy serwis;) © causeilovemybike


Przejazd przez Zelów, akurat ludzie wychodzili z kościoła. Na ulicach dużo spacerowiczów, nawet rodzinka na rowerkach mnie minęła. Może to już powiew wiosny? Oby tak!

Za Maurycowem, wśród pól miałem ekscytująco pełny pogląd na niebo.

Przebłękitne niebo © causeilovemybike


To juz za mną;) © causeilovemybike


Potem miała miejsce ciekawa sytuacja, wyprzedziło mnie pędzące stare, białe BMW. Po 5 minutach, kiedy przejeżdżałem obok drogi na Sromutkę owy bawarski cud techniki stał już grzecznie buchając siwym dymem spod maski;) Zrobiłbym zdjęcie, ale najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się szkoda biednego dresa, który pociskaj ten blisko 20-letni już samochód;) No zdarza się;)

Następnym ciekawym akcentem był strasznie pijany pan na rowerze, jechał co najmniej wesoło. Pewnie się żonka ucieszyła jak go zobaczyła;) Ale żeby nie było, ze spotkałem się z samą patologia, minąłem się też z dziarskim staruszkiem na kolarce, pan jechał śmiało, do przodu, z uśmiechem na twarzy. I to się ceni, a nie ględzenie, jaka to dzisiaj kiepska pogoda, co boli i jaka ta młodzież niewychowana;)

Na Patykach banda idiotów katowała samochody, więc długa tam nie zabawiłem, jakoś strasznie mnie to denerwowała, nawet nie wykonałem żadnego zdjęcia... Ale po wyjeździe z Patyków spotkałem kolejny rozkraczony na drodze samochód, jakaś epidemia? Hoho!

Asfaltowy odcinek drogi Zelów Bujny przebiegający w lesie był interesujący, na drodze taka ciekawa szklaneczka, byłem ewidentnie zaskoczony takim faktem. Ale nie ma się co dziwić, na otwartym terenie słonce rozgrzało lód na drogach, który stopniał, a wiaterek go wysuszył. Natomiast w lesie nie, a przecież elfiki nie przyjdą i tego nie zrobią. A szkoda, bo kierowcy najwyraźniej zdawali się nie zwracać uwagi na warunki drogowe, jechali bardzo szybko. Bałem się nawet, że któryś z wielu doskonałych polskich kierowców mnie przejedzie;)

Raz wiona, potem znów zima... © causeilovemybike


Na całe szczęście udało mi się ujść z życiem i pojechałem po Łukania, który już nabrał ochoty na rower;)

Czekałem pod bramą, czekałem, aż usłyszałem chrobotanie łańcucha na zębatkach, jedzie Łukasz;) I butelka wody na bagażniku, bez wątpienia był to ciężki weekend... Ja sam stwierdziłem, że też przydałoby mi się trochę płynów i witamin. Podobnie jak wiosną tamtego roku, pojechałem do sklepu i kupiłem sobie dużą butelkę Kubusia. Mniam! 900 ml marchewkowo-malinowo-brzoskwiniowego zdrowia;) Bynajmniej w to zdrowie wierzę:)

Po pogawędce na kwasowej ławce zrobiło nam się zimno. Ale tutaj uratował nas z opresji Kacper, który przyjął nas pod swój dach i poczęstował ciepłym naparem, ahhh, zbawienie!

A potem tylko do domu i to w zasadzie już koniec tej opowieści...
_______________________________________________________________________________
Jeszcze tylko to, że jestem już piekielnie zły, że Lalunia wegetuje bez tylnego koła, że pełen desperacji szukam godnego zamiennika. Bo plany coraz ciekawsze, a sprzętu brak, więc do dzieła;)

Pozdrower!


Dane wyjazdu:
13.50 km 0.00 km teren
00:47 h 17.23 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Zwykle niezwykły dzień;)

Czwartek, 10 lutego 2011 · dodano: 10.02.2011 | Komentarze 0

Dzień jak zwykle, nie do końca jednak;) "Okroiłem" sobie lekcje, wyspałem się, wziąłem rano prysznic, pouczyłem się, poszedłem, napisałem klasówkę z matmy z geometrii analitycznej i nie czekając na więcej czmychnąłem do naszej Moniki, która od rana walczyła z kolką. Bobas;) Oczywiście doszły nasze zjebasy, graliśmy w bierki i generalnie robiliśmy jakieś głupkowate rzeczy;)

Nic więc dziwnego, że po powrocie do domu miałem doskonały nastrój i stwierdziłem, ze taki dobry dzień trzeba spożytkować choćby częściowo na rowerze;) Po zjedzeniu obiadku, pulpecików z duuuuuuuużą ilością sosu zacząłem się zbierać;)

Sięgam więc po aparat, naciskam magiczny przycisk On/Off mający obudzić do życia moje nędzne 7 megapikseli, a tuu, dupa, jakby powiedzieć. Obiektyw się wysunął, ale dalej nic. Baterie, dobra, może druga para? Niestety podobnie. Więc sorry, musicie się pogodzić, foty jakiejkolwiek brak. Ale akumulatorki już się ładują na bardziej nieokreślone "potem".

Wychodzę po rower. Otwieram komóreczkę. Wystawiam rower z ciemnych czeluści wnętrza nieoświetlonego jeszcze przez jarzeniówki. Matko Boska! Rower delikatnie rzecz ujmując niezbyt czysty. Przekręcam trochę korbą. Chrobocze. Trudno. Mała szczotka, wyczyściłem łańcuch i stan uległ polepszeniu.

Słyszę pisk tarczy hamulcowych. Przyjechał Przemek. Zgadłem? No Pewnie, już stoi pod bramą i wchodzi, ale musi uważać. Za nim czają się jakieś dwa przebrzydłe kundle, które nie mają wstępu na moje podwórko;) Przywitaliśmy się tak, jakbym się z nim wcale nie widział w szkole.

No dobra. Założyłem dodatkowe szaty i pojechaliśmy;) Na Maurycowie dokonaliśmy niejako rozdziewiczenia nowego chodnika. Tzn nie wiem czy jest nowy, ale ja go jeszcze nie widziałem tam;) Potem przez "oczyszczalnię", czyli tam, gdzie są takie zajebiste rowy, co to by się można było w nich wyprostować i nie wystawać dyńką ponad poziom drogi, czaaad. Następnie przez Pozdzenice, kolonię i już człowiek w Zelowie. Ehh.

Finisz pod domem Przemysława. Okazało się, że przed jego domem jest dziura o numerze 80, niedaleko bramy 23 i 24, a na zakręcie trzysta dwadzieścia ileś;) Ciekawy temat, nie ma co. Ale przynajmniej widać jakie mamy dziurawe drogi w centrum naszego zacnego kraju;) Nie żebym nie był patriotą;)

Teraz słucham Red Hots Chili Pepers i idę na naleśniki.

Pozdrower ludzie;)


Dane wyjazdu:
9.85 km 0.00 km teren
00:30 h 19.70 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Przerąbane...

Czwartek, 3 lutego 2011 · dodano: 03.02.2011 | Komentarze 3

Dzisiejszy dzień zdecydowanie zaliczam do tych złych. Do klasy na lekcję wszedłem dokładnie w momencie, kiedy polonistka wyczytywała moje nazwisko, więc pozostało mi tylko powiedzieć "Jestem!". Ale potem nie było tak zabawnie. W połowie lekcji dowiedzieliśmy się, że dwóch chłopaków z naszej szkoły rozbiło się tuż przed 8 samochodem. Jeden nie żyje. Drugi trafił do szpitala. Widziałem straż, jak jechała koło mojego domu. Słyszeliśmy karetki. Ale kto by mógł pomyśleć, że to ma związek z naszymi znajomymi. Znałem ich. Trochę. Bardziej z "widzenia". Mijałem na korytarzu. Widywałem na Kwasie;) W szkole było jakoś strasznie cicho. Nie grała muzyka z rozgłośni. Lekcji nie było. Ta informacja była ciosem, dla nauczycieli, którzy przygotowywali ich do matury, bawili się z nimi niedawno na studniówce. A dzisiaj tak ładnie wyjrzało słońce zza chmur. To mógłby być dobry dzień. Ale nie był. Współczuję koledze, który kierował autem, rodzicom...

Wiem, że to nieciekawy temat na bloga rowerowego, ale mimo tego, że nie znałęm ich dobrze, jestem człowiekiem, współczuję i nie czuję się z taką wieścią komfortowo.

Kacper naprawił mi dzisiaj lampkę do roweru przeszczepiając części ze swojej starej. To spryciarz:) A potem pojechałem do babci, ale niestety jej nie zastałem, pewnie poszła na ploty... Przem nie chciał wyjść na rower. Bo chlapa i w ogóle. No zgadza się. Padał taki skubany, wredny, marznący deszczyk. Marzł mi na twarzy, więc mam teraz ciekawy kolor cery. Gdyby postawić mnie obok słoiczka z buraczkami wielu mogłoby mnie nie odróżnić;) Nie mogłęm dzisiaj cieszyć się z jady, miałem jakieś rozjeżdżone myśli.

Nieeee. Koniec tych posępnych treści. Bawcie się dobrze, uważajcie na siebie. Jutro musi być lepsze. Idę z Majronem na objazd wsi, więc powinno być wesoło;)


Zaaplikowanie wesołego kawałka też będzie wskazane;)

POZDROWER!


Dane wyjazdu:
11.45 km 6.90 km teren
00:31 h 22.16 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Jedenaście szadziowych kilometrów...

Sobota, 29 stycznia 2011 · dodano: 30.01.2011 | Komentarze 10

Pobudka tuż przed 13. Jak zwykle w dni wolne od szkoły;) Wystarczyło jedno spojrzenie przez okno i już wiedziałem, że muszę dorwać aparat i skoczyć na rowerku do lasu! Wszystkie drzewa tak precyzyjnie pokryte szronem lub szadzią... Nie rozczajam różnicy;) Wszystko wygląda jak w mlecznej krainie, ha!

Już jakieś 500 metrów za moim domem były dobre miejsca do zdjęć, ale stwierdziłem, że pojadę dalej, do lasu. No i wjechałem do owego lasu i…
…myslalem, ze już dzisiaj nie wyjadę. Zatrzymywałem się co 20 metrów, żeby zrobić kolejne zdjęcie. Pstryk, pstryk, pstryk.

Pewien pan, przejeżdżający koło mnie na takim zabawnym papajku, z dużym zdziwieniem patrzył jak w dziwacznych pozycjach robiłem zdjęcia jednej gałązki drzewka. Aż się zatrzymał. A co w tym dziwnego, że sobie ktoś robi zdjęcia w lesie;)

Ahh, te kryształki... © causeilovemybike


To pierwsze, spośród chyba 100, które napstrykałem;)

Motyw przewodni: Szron... © causeilovemybike


Następne zdjęcie w kolejce w stylu: „Mam tryb makro w aparacie!” Uwielbiam zdjęcia takich szczególików, szkoda tylko, że mój aparat to zabawka do „fotografowania”. Na imprezy się nadaje, ale piękna przyrody nie uchwycą niestety w całej okazałości;(

Kolejny fragment zimy © causeilovemybike


Tym razem zdjęcie bardziej okazałej partii lasu, kilka kolejnych będzie o podobnym motywie;)

Następna zimowa sceneria © causeilovemybike


Znowu zima, las i przyroda © causeilovemybike


Ehh, niestety nie potrafiłem uchwycić tego, jak ciekawie światło padało na drzewa. Musicie sobie wyobrazić, albo po prostu udać się jak najszybciej do lasu, oo!

Mmmm, zima. © causeilovemybike


Prawda, że ekstra widok? Jak w jakiejś bajkowej, baśniowej, mroźnej krainie…

Zimowa Szronowa Aleja... © causeilovemybike


Wszystkie gałązki pokryte skrzętnie i dokładnie białymi kryształkami. Wszędzie biel. I delikatny mrozek szczypie w policzki…

Po objeździe lasu skierowałem się na działkę. A tam pod drzwiami mojej altanki spotkałem kotka, biedaczek był głodny, miauczał tak żałośnie… Niestety nie miałem co mu dać, ale dzisiaj zawiozę mu coś dobrego;) O ile tam jeszcze będzie…

Biedny kotek... © causeilovemybike


Stworzyłem takie oto dzieło na oszronionej szybie;) Zapałka, chwila odpoczynku, oszronione okno, ha!
Moje dzieło... © causeilovemybike


„Rower to jest świat!” jak śpiewał Lech Janerka. I taki jest fakt… Można nim objechać świat w 194 dni, jak Mark Beaumont, albo przejechać obie Ameryki, jak Mark Beaumont, albo pojechać do sklepu po ziemniaki. Uniwersalny, tani, wygodny środek transportu, nie tylko przedmiot, czasem przyjaciel, rower to sposób na wyrażenie siebie, swoich pomysłów, przekonań i idei… A poza tym każdy przejechany kilometr rowerem jest dużo lepiej przeżyty i zapamiętany niż autem, bo tylko wzzzziuuum i jesteśmy na miejscu.

A teraz dzieło matki natury na szybie okna altanki;)

Dzieło natury na szybie... © causeilovemybike


Tutaj natomiast przychodzi mi na myśl piosenka zespoly Happysad (happysad, happysad, happysad!) pt. „W piwnicy u dziadka”, tam znajduje się taki fragment: „A kiedy przychodziła zima
i w mig w czarno-biały zmieniał się świat,
lizaliśmy paprocie na szybach
a mróz trzaskał jak bat.”
Tylko z tą różnicą, że nie lizałem szyby, bo nie chciałem zepsuć mroźnej paprotki z szyby;)

I to już koniec, czas na ostatnie w tym wpisie zdjęcie. Czarno-białe, bo przecież w taki zmienia się świat w mig jak śpiewa Kuba Kawalec;)(fragment tekstu powyżej)

Tak na koniec... © causeilovemybike


________________________________________________________________________________

Jedenaście zdjęć, jedenaście kilometrów wycieczki.

_______________________________________________________________________________

Znalazłem kolejny punkt do mojej długiej już listy marzeń, mianowicie TO!!!.

Pierwsza myśl: "Zajebiste!", potem łza w oku, a następnie etap zrozumienia, że nici, bo: Po pierwsze primo rodzice nie wyślą mnie na wakacje za 6 tysi, a po drugie i tak nie dokupiłem jeszcze tego przeklętego koła do roweru....

Ale mam marzenia! Nie, łukaniu?

_______________________________________________________________________________

Trzymajcie się, pozdrower;)


Dane wyjazdu:
33.24 km 0.00 km teren
01:35 h 20.99 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Przedosiemnastkowo;)

Środa, 26 stycznia 2011 · dodano: 28.01.2011 | Komentarze 3

Postanowiłem przynajmniej raz w tegoroczne ferie wstać o jakiejś rozsądnej porze, ponieważ mama miała ogromną ochotę mnie zlinczować za wstawanie tuż przed 13;)
Uzgodniłem więc z Przemkiem, że pójdziemy na rower rano! Rano! Musiałem wstać o 9, ale dla pewności nastawiłem sobie kilka budzików już na 8;) Naprawiłem rower, tzn konkretniej rozebrałem mniej zepsuty, żeby naprawić ten bardziej zepsuty. Tak więc przed 11 przyjechał Przemek, jakimś dziwnym sposobem zjawił się również Łukaniu, w zasadzie dokładnie nie wiem z jakiej paki.

Pierwszy event! Mieliśmy za zadanie pojechać z Łukaniem do kuriera, wysłać paczkę. Na „zwalniaczu” nasz lokalny handlarz częściami samochodowymi zgubił światełko, ale stwierdził, że nie opłaca się po nie zawracać … Trafiliśmy na miejsce, stanęliśmy przed bramą jakiegoś zagraconego podwórka, ale mistera kuriera zastać okazji nie mieliśmy. No to Łukaniacz zostawił paczkę wśród tych wszystkich syfów i pojechaliśmy na drugi event.

Event drugi!
Poczta, taak. Łukasz musiał dokonać przelewu. Wszedł do urzędu i zaginął. Staliśmy przed wejściem i czekaliśmy na nieszczęśnika, gadaliśmy, plotkowaliśmy niczym stare przekupy, wymienialiśmy się poglądami, jak przystało na inteligentnych młodzieńców, wszystko by zabić nudę. Dostrzegliśmy tez ciekawy rower z napędem hybrydowym, tzn. nożno-elektrycznym;)

Hercules z napędem hybrydowym. © causeilovemybike


Po kwadransie, chyba, wyszedł Łukaniu, już ucieszyłem się, ze sobie gdzieś pojedziemy, ale powiedział: -„Jedzcie sobie, ja jeszcze sobie tutaj postoje, bo przede mną jakiś moher stanął i chyba na Radio Maryja płaci…”. Aha, okej… Yyyy.

Trudno się mówi i jedzie się dalej… Kierunek? Miał być Talar, padło na Dąb Cygański w Klukach… Kierunek kompletnie przeciwny. Czyli event trzeci, konkretny, prawidłowy!

Gdy wyjechaliśmy na Sienkiewicza, w stronę Maurycowa słońce wyjrzało spomiędzy chmur i oślepiało nas niemiłosiernie. A to krnąbrne słoneczko, najpierw nie chce wyjść przez kilka dni, a jak wyszło, to przynajmniej porządnie przygrzało;)

I tak sobie podróżowaliśmy, podziwialiśmy nasze kochane, polskie, równe drogi. Przemek odkrył dużo fajnych funkcji w swoim nowym telefonie, które są przydatne na wycieczkach rowerowych. Ja stwierdziłem ponadto, że błotnik w moim rowerze działa podobnie jak błotniki w „bajku” Przema, tylko, że on jeszcze ich nie zamontował i w istocie moje tak właśnie chronią mnie przed kałużami, czyli w ogóle…
I TRAFILIŚMY NA MIEJSCE!

Pierwsze słowa?
-„Patrz skurwysynka, jaki wielki. Teraz wypadałoby się napić Earl Grey`a.”

I w zasadzie wszystko się zgadza. Stary i wielki. 900 lat i 22 metry;) Galancie dość.

Kościół w Parznie. © causeilovemybike

Nie lubię kościołów, nie lubię księży, całej tej kościejnej machiny. Zajeżdża mi trochę mafią. Alee zdjęcie zrobiłem. W zasadzie nie wiem po co.

Korona Dębu Cygańskiego © causeilovemybike

Teraz bardziej przyrodniczo-biologiczno-krajoobrazowo-naturalnie.

Jagody, powalone "drwo" i śnieg. © causeilovemybike


Tabliczka "Dąb cygański" © causeilovemybike


Dąbek nieco pusty w środku © causeilovemybike

Wewnątrz dębu można spokojnie sobie posiedzieć. Kiedy byłem mały i przyjeżdżałem do dębu z dziadkami, właziłem do środka i byłem trochę jak Staś i Nel w baobabie;)

Niestety, stado baranów musiało złożyć swoje mądre podpisy wewnątrz i na zewnątrz zacnego drzewa. Byli tam także najwyraźniej domorośli rzeźbiarze, bo widać było kilka powycinanych w korze serduszek, napisów GKS i innych debilowatych dzieł.

Niebo. drzewa, las... © causeilovemybike

Oczywiście nie omieszkałem zrobił zdjęcia z niebem, które cudnie się przejaśniło, stało się niebieskie, mmm. Drogi azocie w atmosferze, dziękuję ci, że jesteś i sprawiasz, że niebo ma taki cudny kolor. Bo to podobno dzięki azotowi sklepienie przybiera taką cudną barwę. Niektórzy uważają, że niebo jest niebieskie dlatego, ze odbijają się w nim oceany. No cóż, każdy ma swoja teorie.

Staw, las... © causeilovemybike


Znowu to niebo... © causeilovemybike

Błękit nieba po raz „setny” na przed przed finisz zdjęć.

Przemek czeka, aż zrobię zdjęcie. © causeilovemybike

Uhuhu, Przemek też musiał znaleźć się na jakimś zdjęciu, oczywiście nie chciał zrobić ładnej minki, więc fotka z odległości była jak najbardziej okej. I tak wyszło medialnie;)

Dobra, to Ja and Przemek © causeilovemybike


Na finisz serwuję wam nasze zacne, twarze. Nie zwracajcie uwagi na miny, nie wiedzieliśmy czy zdjęcie już się zrobiło, a pozostałe zdjęcia wyszły jeszcze gorzej;) Wybrałem mniejsze zło. Na moją czerwoną jak burak gębę również… Przemroziłem sobie ryjek i miałem buraczany odcień cery do samego wieczora…



Podsumowując było bardzo fajnie, dobry trening nóg przed osiemnastkowym tańczeniem, dzięki temu po kilku godzinach wyginania się na parkiecie nie bolą mnie nóżki.

____________________________________________________________________________

Aha, dziękuję serdecznie Monisi za imprezę. Bigos był zajebisty, Wszystkiego jeszcze raz najlepszego, dorosła już kobieto!


Dane wyjazdu:
16.54 km 0.00 km teren
00:45 h 22.05 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Dzicz, ghost rider i kapeć...

Piątek, 21 stycznia 2011 · dodano: 21.01.2011 | Komentarze 0

Rocznik `93 wkroczył w rok osiemnastek. To będzie trudny rok;) Bezsprzecznie… Los chciał, albo matka matura, albo też bocian, że pierwszy 18 ma Bartosz, zwany też Kanarkiem bądź też van Pussy;) Kurczę belek, najmniejszy, a najstarszy, co za życie;)

No cóż. Jako, że jego impreza ma odbyć się w jakiejś dzikiej okolicy, postanowiłem podjechać na miejsce i obczaić teren;)

Przyjechał Kacper vel. Fatasek, przywiózł mi części od roweru, które mu kiedyś miałem sprzedać. I w tym miejscu musze pogratulować serdecznie i z całego serca jego sprytnemu tatusiowi, który ściągał korby za pomocą młotka i przecinaka chyba, Na to wskazują ślady, bardzo dobrze widoczne. Ehhh, genialnie. Kacperka posłałem z tym shitem w diabły i obiecał, ze da mi inna, podobna korbę;) Zobaczymy jak to będzie;)

Miejsce naszej dzikiej orgii sobotniej zbadałem wspólnie z Kacprem i pojechaliśmy dalej. Przed siebie, dalej, dalej i dalej, nie zważałem na nieustające pytania towarzysza, gdzie, po co, dlaczego, którędy, kiedy, jak szybko, o której, z kim, z jakiego powodu… Włączyłem muzykę i trochę go olałem;) Marudził i gderał, ale lajt;)

Wylądowaliśmy w Buczku, spoko. Po drodze spotkaliśmy jeszcze dwóch ghost riderów, w zasadzie tylko jeden z nich był ghost Riderem, ponieważ jechał z workiem czegoś(?) na ramie, drugi natomiast szedł chwiejnym, wesołym krokiem, nawalony jak meserszmit;)Kompletnie bez świateł, odblasków, żeby „weselej” było w ciemnych fatałaszkach, a droga oczywiście standardowo nieoświetlona, tak więc ciemno jak u naszych afrykańskich kolegów w.. Głęboko;) Dobrze, że ujeżdżacz Jubilata w nich nie wjechał, bo byłaby śmierć na miejscu, miałbym posta na hcfor.

Potem ruszyliśmy drogą 483, planowałem wrócić do Zlw przez Krześlów, Sobki i Mauryców. Niestety w Kurowie poczułem, że „robi mi się miękko pod kołem”. „Oby nie kapeć” – myślę z nadzieją. A jednak. Wycieczka zakończyła się na 17 kilometrze drogi wojewódzkiej 483. Miło… Zaparkowaliśmy koło słupka i zatelefonowałem po moją osobistą pomoc drogową w postaci Fadera w żółtym U2;) Przyjechał, zapakował bicycle i pojechaliśmy. Ot tyle.

I stanęło na tym, że zrobiliśmy 16 i pół kilometra. Znowu marnie…

_________________________________________________________________________________


„Człowiek jest złem, człowiek jest wojną,
Człowiek jest sprawcą nieszczęść.
Co możemy zrobić, nic nie możemy zrobić.
Niech Bóg ma nas w swojej opiece.”




Zgadza się w stu procentach. Człowiek to jedyna istota na świecie, która ma tak doskonale wykształcone cechy samodestrukcyjne…

_________________________________________________________________________________

Ale nie ma co rozpaczać!

Pozdrower!


Dane wyjazdu:
23.20 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Czyżby nadchodziła już wiosna?

Poniedziałek, 17 stycznia 2011 · dodano: 17.01.2011 | Komentarze 0

Śmiało mogę na samym początku stwierdzić, że był to wyjątkowo miły kawałek dnia. Pogoda wyśmienita, słońce coraz śmielej ogrzewało zmęczoną zimą i roztopami ziemię. Wspólnie z Przemkiem podczas naszej wczorajszej, a w zasadzie nawet dzisiejszej nocnej rozmowy na GG stwierdziliśmy, że trzeba wybrać się na małą objazdówkę, właściwie objazdoweczkę terenu;)

Tak więc, kiedy już wstałem leniwie niczym słoń z łóżka w godzinach blisko południowych, znowu niewyspany (bo spałem tylko 10 godzin), ogarnąwszy swoje zacne ciało, ubrawszy wiosenna kurtkę wyszedłem na świeże powietrze pobabrać się w Kettlerowskim smarze;) Zniwelowałem ogromne luzy, które nawiedziły wiekowe już mechanizmy tegoż oto statku, nie mniej jednak bardzo szlachetnego;) Akurat walczyłem z wyłażącą, niczym glisty po ulewnym deszczu, rdzą na łańcuchu i przebrzydłym błotem we wszystkich zakąteczkach.

Kataklizm opanowany, wyruszyliśmy. Pierwsza reakcja? "O kurde, ale ciepło, a jest przecież styczeń". No właśnie, ja chcę już wiosnę, mój rower chyba także... Nie chyba, tylko stanowczo TAK!

Pierwszy przystanek u Malwiś. Wpadliśmy ją odwiedzić. Pokazałem jej brutalne oblicze świata na www.hcfor.pl, obejrzeliśmy te wszystkie obrzydliwe obrazki, które miały być dla nas przestrogą, oduczyć nas nieuwagi na drodze, w życiu. No i była to też dobra lekcja anatomii i generalnie biologi, bo "flaki" były motywem przewodnim. Było też dużo śmiechu. Ważnym motywem były również relacje między siostrami;) Młodą panna M. i starszą panną M. Asz te młodsze istoty są krnąbrne i marudne. Dalej tematu nie rozwijam, bo tak i koniec;)

A potem nastąpiła nieskończona aria ochów i achów, jak to fajnie się jedzie, jakie świetne niebo, piękne chmurki, miły wietrzyk, świeże powietrze, cudowna lekka wilgoć w powietrzu, która poruszała moimi skamieniałymi zmysłami. I to słoneczko, znowu niebo, kolejny raz słoneczko i niebo, niebo, niebo. Zimą człowiek nie zadziera tak wysoko głowy, bo ciągle coś pada i leciałoby w oczy, ale w czasie takiej sprzyjającej pogody brak zachwytu nad walorami przyrody byłby naprawdę znacznym nietaktem...

Kolejny przystanek: Patyki. Dla odmiany byłem zachwycony wszystkim co mnie otacza. Już tak mam, że życie mi się podoba;)

Następnie trochę trasy, przeplecionej zachwytami, slalomem z racji zimowych dziurawych wykwitów na drogach.

Niepoetycko kończąc odprowadziłem Przemka pod dom, pojechałem pod second-handa Moniki, z którą trochę pogadałem, wymieniłem się przykrymi newsami. Temat przykry, nie cichłbym wspominać. I wróciłem do domku. A zaraz spotkanie z kumplami na działce, gdzie nie byłem chyba już miesiąc...

Ahaa, przeprosiny. Nie zrobiłem żadnych cudnych i chwytających za serce zdjęć, które poruszają pozytywnie naszymi zmysłami estetycznymi, bo wtedy ja nie mógłbym skupić się na zachwycaniu się naturą... Ale nadrobię to, spoko;)

Pozdrower i dużo pozytywnych emocji na rowerze;)