Info
Chcesz wiedzieć więcej o mnie?.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2012, Grudzień7 - 3
- 2012, Listopad1 - 1
- 2012, Maj1 - 5
- 2012, Kwiecień2 - 0
- 2012, Marzec2 - 8
- 2011, Grudzień1 - 2
- 2011, Sierpień5 - 4
- 2011, Lipiec1 - 5
- 2011, Czerwiec6 - 14
- 2011, Maj10 - 19
- 2011, Kwiecień16 - 60
- 2011, Marzec20 - 63
- 2011, Luty4 - 10
- 2011, Styczeń9 - 16
- 2010, Grudzień14 - 17
- 2010, Listopad6 - 0
- 2010, Październik22 - 3
- 2010, Wrzesień20 - 4
- 2010, Sierpień19 - 4
- 2010, Lipiec3 - 1
Dane wyjazdu:
38.20 km
12.98 km teren
02:21 h
16.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Wmordewind z Olcią;)
Niedziela, 6 marca 2011 · dodano: 07.03.2011 | Komentarze 1
Już dawno umawiałem się z Ola na wycieczkę. Ostatnio wyskoczył jej wyjazd do dziadka, o czym również pisałem. Wytrwale śledzący mój blog, którzy są w stanie znieść moją składnie wiedzą o co chodzi;)Więc do dzieła! Jest o czym pisać, jak najbardziej! Niedziela jest po sobocie, a w sobote są imprezy. W tę sobotę też była, a jakże. Toteż trzeba było oczyścić organizm, zrelaksować się i dotlenić.
Padło na Olę, bo chciała, w przeciwieństwie do innych, którzy nie chcieli, Prosto i logicznie.
Punkt 12, może nie do końca, bowiem z moją punktualnością jest różnie, podjechałem na Saską, gdzie już czekała Ola! Zuch dziewczyna. Po drodze dotarło do mnie, że nie będzie łatwo, bo wicher był momentem taki, że spychało mnie z drogi. Oj tam, ale niebo cudnie zachęcało. I chmurki. Płaska podstawa, pierzasty szczyt, jak sprawdziłem były to stratocumulusy, bynajmniej tak wywnioskowałem. I pomyślałem teraz, że może pójdę na mereologię? Hmm, kwestia warta zastanowienia i wewnętrznej debaty;)
No dobra, odbiegłem od tematu. Wtem Ola wyskoczyła z mapką okolicy i wskazała mi cel naszej wspólnej podrózy...

Ola i jej magiczna mapa!© causeilovemybike
Obradziliśmy gdzie, co i jak i ruszyliśmy śmiało w drogę. Nie spodobało się to najwyraźniej wiatrowi, który postanowił nauczyć nas pokory. Podobnie jak wyboista droga przez Ignaców. Trochę mi tyłek wytrzęsło mimo amortyzowanej sztycy siodełka, heh.
Po pokonaniu dziur, kamyrów i innych cholerstw wjechaliśmy na moment na drogę numer 483 bodajże, po czym skręciliśmy w stronę Petronelowa;) Następnie według wskazań mapy, a raczej Oli, która ową mapą operowała mieliśmy wjechać na polną drogę, bo asfalcik miał się skończyć;) I wszytko się zgadzało, więc mogłem pozwolić sobie na podziwianie terenu, podczas gdy Aleksandra znowu zagłębiła się w mapkę.

Kolejne sprawdzanie mapy© causeilovemybike
Przy robieniu tego zdjęcia stwierdziłem, że idealnie komponuje się z pejzażem i niech nie waży się usuwać mi z kadru...
Skręcić mieliśmy w prawo za ostatnim domem, do lasu. W zasadzie nie wiem, czy to była ta droga, o którą chodziło, mimo wszystko pojechaliśmy tam. Nawet dobrze, bo przyłapaliśmy kury w takiej oto sytuacji:

Kurki i ich chyba poranno-południowa toaleta© causeilovemybike
Były trzy kury, Jedna jakaś brązowo-ruda, jak to kura. Dwie jednak była ładniejsze. Obie czarne, z tym, że jedna połyskiwała na niebiesko, druga natomiast na zielono. Co do kur jeszcze mogę napisać, to bardzo ciekawe, jak kury w naszym kraju uwielbiają przechadzać się po ulicach, dziobać cosik w rowach, fascynujące doprawdy;) I to koniec kurzanego wątku;)
Na mapie nasza ścieżka miała krzyżować sie 3 razy. W dezorientację wprawiło nas to, że co chwila naszą ścieżkę przecinała jakaś inna. I w zasadzie to już nic nie wiedziałem, było mi fajnie, bo na rowerze, w lesie, miło, wesoło i zabawnie. A jeszcze lepiej, bo na Laluni, a nie na tamtych zgrzytach, ooo!

Lalunia, las i koleiny na drodze© causeilovemybike
Po iluś tam metrach, setkach metrów, bądź też po jakiejś liczbie kilometrów, nie wiem, nie patrzyłem na licznik, spotkaliśmy w lesie, w samym środku lasu, starego Mercedesa MB na "obcych" blachach, to znaczy, nie z naszego województwa. Hmmm, ciekawa sprawa. Olka stwierdziła, że pewnie to jakieś morderstwo i że czuje zapach trupa. Ja po użyciu chusteczki i opróżnieniu nozdrzy nie potwierdziłem jej tezy, ale wskazałem jej na ślady ciągnięcia zwłok, niestety nie uwierzyła. A tak szczerze mówiąc, to szkoda, ze nic się nie wydarzyło, byłoby ciekawiej!

Tajemniczy samochód w lesie© causeilovemybike
I tak sobie dalej jechaliśmy, wymyślając coraz to ciekawsze teorie na temat tajemniczego samochodu, kiedy wyjechaliśmy z lasu. Upss, jeziorko miało byc w lesie! Ale stał znak i przeczytaliśmy sobie regulamin zachowania w lesie. Żadnego punktu nie złamaliśmy;) Zwłaszcza ósmego, bo Grzyb siedzi w domu. (CI CO MAJĄ WIEDZIEĆ, WIEDZĄ O CO KAMAN:))

W lasach zabrania się!© causeilovemybike
Ehh, są domy, cywilizacja tu dotarł, bardzo dobrze. Stanęliśmy pod jakimś domem. Patrzymy na tabliczkę, jest napisane "Żeglina", co to kurr... jest!? I gdzie to?! Z domu wychodzi jakaś kobieta, której Ola mówi "dzień dobry", ja natomiast z rezygnacją w głosie pytam grzecznie gdzie jesteśmy. Spojrzała się na nas jak na debili. Pokazujemy jej mapkę. Patrzy bezradnie, po chwili już wiemy, gdzie jesteśmy! Nieopodal Luciejowa! "Troszkę" nam się za daleko pojechało. Ola wykonała kilka telefonów do taty, który wytłumaczył co i jak, bowiem mój na informację, że nie wiem, gdzie jestem stwierdził, żebym go nie denerwował, bo nie ma czasu na żarty. No dobraa:)

Pogoda była specyficzna© causeilovemybike
Drogę odnaleźliśmy. Będąc już blisko "mety" spotkaliśmy kilka sarenek biegnących przez pola. Zrobiłem im zdjęcie, ale trochę słabo wyszło, więc Wam nie pokażę. Wydaje mi się, ze były to te same sarenki, które spotkaliśmy w lesie, ale Olka zaczęła się podniecać jakie są ładne i jakie mają fajne białe dupki, że się spłoszyły;(
Ale mam za to zdjęcie drzewa. Nie wiem, ale lubię robić zdjęcia samotnym drzewom na polach, jak dla mnie mają w sobie coś niezwykłego, nie potrafię tego bliżej określić...

Kolejne drzewo.© causeilovemybike
Jeszcze jeden telefon. Tata Oli wytłumaczył nam, którędy mamy jechać. I trafiliśmy.
Teraz tylko jeszcze małe przeszkody terenowe, w głównej roli Ola:)

Ola pokonuje trudności terenowe© causeilovemybike
Rozejrzeliśmy się po okolicy, byli nawet jacyś ludzie, ale zaraz odjechali, może się spłoszyli?
Oczywiście dumni z naszego „niebagatelnego” osiągnięcia postanowiliśmy zrobić sobie wspólne zdjęcie:)

Cel zdobyty!© causeilovemybike
Za statyw do aparatu posłużył nam pinek I ławeczka. Oto foto, które pokazuje walkę: causeilovemybike (Ja) vs. Pinek vel. Statyw;)

Oglądam pajączka© causeilovemybike
Okazało się także, że na pinku znajduje się zamarznięty pajączek, którego sobie podziwiałem, a Ola ustrzeliła fotkę;)

Zamrożony pajączek© causeilovemybike
Stwierdziłem też, że skoro my mamy już zdjęcie, to czas na nasze rowery, które też powinny przypozować. Ustawiłem je elegancko, wyglądają tak, jakby dawały sobie buzi;) Żartowałem z Olą, że może wyjdą z tego jakieś rowerki;)

Rowerowy cmoook!© causeilovemybike
Następnie przenieśliśmy się na kładkę, z której był dużo fajniejszy widok. Patrzyliśmy, gadaliśmy. Aż tu nagle zaczął sypać delikatnie śnieżek! Wyjechaliśmy była wiosna, wietrzna, ale wiosna, a ty nagle dogoniła nas zima. Na całe szczęście uciekliśmy jej;)

Jeziorko-widok z kładki© causeilovemybike
A na koniec jeszcze fotka zrobiona na sam koniec (dziwnie to brzmi), troszkę przed odjazdem, zrobiona z kładki przez Olcię-rowerzystkę;)

Jakaś przezimowana roślinka© causeilovemybike
____________________________________________________________________________
To by było na tyle, bikerzy. Wpis powstawał dwa dni. Z tego tytułu jest trochę nieskładny, bo pisałem i szedłem sobie gdzieś, potem wracałem i znowu dopisywałem;) Dzięki i pozdrawiam!
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!