Info
Chcesz wiedzieć więcej o mnie?.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2012, Grudzień7 - 3
- 2012, Listopad1 - 1
- 2012, Maj1 - 5
- 2012, Kwiecień2 - 0
- 2012, Marzec2 - 8
- 2011, Grudzień1 - 2
- 2011, Sierpień5 - 4
- 2011, Lipiec1 - 5
- 2011, Czerwiec6 - 14
- 2011, Maj10 - 19
- 2011, Kwiecień16 - 60
- 2011, Marzec20 - 63
- 2011, Luty4 - 10
- 2011, Styczeń9 - 16
- 2010, Grudzień14 - 17
- 2010, Listopad6 - 0
- 2010, Październik22 - 3
- 2010, Wrzesień20 - 4
- 2010, Sierpień19 - 4
- 2010, Lipiec3 - 1
Dane wyjazdu:
48.23 km
0.00 km teren
02:05 h
23.15 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
W Łasku przez przypadek.
Sobota, 23 kwietnia 2011 · dodano: 10.05.2011 | Komentarze 1
W domu ostatnie przygotowania do świąt, zamęt, święcenie święconki i całe to zajaczkowo-jajeczne zamieszanie. Zmęczony całokształtem wydarzeń postanowiłem urwać się z domu na rower.Początkowo nie miałem pomysłu, w która stronę się skierować i pojechałem w stronę Zelówka. Nim się obejrzałem byłem już w Zabłotach, kilka kilometrów dalej. Znalazłem się na skrzyżowaniu z drogą krajowa 12, jak się okazało, zastanawiałem się, czy nie pojechać prosto do Jamborka, ale zmieniłem zamiar i skręciłem w lewo kierowany ciekawością, gdzie się znajdę. Trafiłem na świeżutki, jeszcze ciepły kawałek asfaltu, trasa komfortowa, szeroka, czułem się bezpiecznie, mimo że samochody wolno nie jechały...

Trns Alp na świeżej szosie.© causeilovemybike
Dalej minąłem GuciN, gdzie zastanawiałem się, czy nie skierować się do Talaru, ale znów zdecydowałem, by jechać prosto. Po żwawej i przyjemnej jeździe dotarłem do Łasku, teraz już wiem, gdzie prowadzi owa droga;)
Nieco pokręciłem się po mieście, minąłem łaską jednostkę wojskową:

32. Baza Lotnicza 10. ekadra lotnictwa taktycznego Łask.© causeilovemybike
Nieopodal Łasku znajduje się lotnisko wojskowe, na którym co roku odbywa się piknik lotniczy (pisałem o nim kiedyś na blogu). Łascy lotnicy są spadkobiercami niezłej już tradycji, ponieważ 10. pułk lotnictwa myśliwskiego powstał 23 września 1944 roku. Tego dnia ukazał się rozkaz organizacyjny powołujący jednostkę do służby.
Po wjechaniu w ciaśniejsze centrum przystanąłem przed kościołem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny i św Michała Archanioła.

Kościół Nawiedzenia NMP i św. Michała Archanioła w Łasku© causeilovemybike
Obiekt powstał w 1525 roku, przeszedł pożar i w 1749 roku został przebudowany. Kościół jest w stylu gotyckim, we wnętrzu znajdują się liczne obrazy, rzeźby i malowidła. Obecnie jest remontowany, mimo to ostatni wierni podążali do niego w celu poświęcenia wielkanocnych koszyczków.
Do Zelowa wróciłem przez Buczek, Kurów, Pożdżenice. Podsumowując wypad: miło i relaksująco. Jak najbardziej pozytyw:)
Pozdrower!
Dane wyjazdu:
25.08 km
0.00 km teren
01:19 h
19.05 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Ostoja "Matecznik" again.
Piątek, 22 kwietnia 2011 · dodano: 09.05.2011 | Komentarze 0
W piątek nie mogłem sobie pozwolić na rower od rana. Stety albo niestety, zależy jak na to patrzeć, miałem jazdy w Sieradzu.Szczęśliwie jednak po powrocie z Sieradza spotkałem Kacpra i Betona, udałem się z nimi na moment do rowerowego, a potem umówiłem na małe kręconko.
Szybko wróciłem do domu, pochłonąłem obiad, przebrałem się w moje rowerowe wdzianko i stawiłem się u Kacpra, który wspólnie z Adamem grzebał przy rowerze.
Okazało się jednak, że każdy z nas miał jeszcze coś do zrobienia, więc wykorzystałem chwile czasu i skoczyłem na działkę, a tam:
Osy dzielnie pracowały:

Praca wre!© causeilovemybike
A pierwsze kwiaty na mojej działce miały się jak najlepiej:

Kwiatek.© causeilovemybike

Kwiatki.© causeilovemybike
Po małym rekonesansie na działce spotkałem się ponownie z chłopakami i ruszyliśmy w drogę, oczywiście po odwiedzeniu sklepu spożywczego .
Padło na to, że pojedziemy jeszcze raz na "Matecznik". Tym razem znałem z Kacprem drogę i wszystko poszło gładko. Gdyby jeszcze tylko Beton jeździł mniej majestatycznie, czytaj: szybciej...
A po dotarciu na miejsce czekała na nas kolejna butelka na stole pod daszkiem, tym razem okazem była pusta flaszka po Eristoffie (podczas poprzedniej wizyty w "Mateczniku" na stoliku ujrzeliśmy butelczyne po "Pliskiej"):

Flaszka!© causeilovemybike
Rozejrzeliśmy się po okolicy ciesząc się świetną aurą, czas upłynął nam na pogawędce i relaksowaniu się.
W drodze powrotnej, w Maurycowie, spotkaliśmy znajome, którym zepsuł się rower, dokładniej: łańcuch dość pechowo wpadł między hak przerzutki a kasetę i nijak nie chciał wyleźć. Próbowałem uratować sytuację "śrubstakiem" i kamieniem, ale nie przyniosło to pozytywnych rezultatów, a poza tym walnąłem się w palec;/ Nie mniej jednak dziewczyny wróciły do domu, gdzie tatuś zajął się rowerem, który teraz jeździ szczęśliwie;)
Trasa niezbyt długa, tempo bardzo spacerowe, ale i tak wycieczka bardzo pozytywna;)
Pozdrower;)
Dane wyjazdu:
101.11 km
0.00 km teren
04:19 h
23.42 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Spontaniczna Setka
Czwartek, 21 kwietnia 2011 · dodano: 26.04.2011 | Komentarze 9
Czwartek przywitał mnie świetna, śłoneczną i ciepłą pogoda. Tak czy siak poszedłbym na rower. Ale zrobienia pierwszej w tym roku seteczki nie planowałem. Tak jakoś samo wyszło. I bardzo dobrze, bo już dawno powinienem to zrobic, bo wstyd, że wcześniej tego nie dokonałem. Ale do rzeczy...Wyjechałem przed 13, ubrany oczywiście w letnie ciuchy, choć spotykałem po drodze ludzi w pełnym odzianiu. Niezmiernie mnie takie widoki dziwiły, zwłaszcza, że gdzieniegdzie widziałem już ludzi, którzy się opalali. Ale Polska to dziwny kraj, więc sam nie wiem czemu się dziwię...
Z Zelowa udałem się do Maurycowa, dalej pokierowałem się w stronę Sobek, na przy skrzyżowaniu dróg sfotografowałem przydrożną kapliczkę, tak, żeby było jakieś zdjęcie na dobry początek podróży:

Kapliczka za Maurycowem© causeilovemybike
W drodze na Sobki oczywiście obtłukłem sobie tyłek jadąc przedziurawą droga. W Krześlowie udałem się w stronę Szczercowa i wpadł mi do głowy pomysł, żeby zajrzeć na Święte Ługi. Tak tez uczyniłem, po drodze (za Podlesiem) zrobiłem zdjęcie znakomicie zieolonych pól:

Zielone pola© causeilovemybike
A na Ługach "urodziły" mi się takie dzieła:

Droga na Ługi© causeilovemybike
Jadąc przez las na początku miałem wrażenie, że mam mroczki przed oczami, dopiero po chwili spostrzegłem, że to owady, który wylatywały z okolicznych traw i latały wokół mnie. Nie znam się na tych wszystkich robaczkach, ale zdążyłem dostrzec, że miały ciekawy kształt skrzydełek, które były podwójna, a ich odwłok był wydłużony.

Uroczysko Świete Ługi.© causeilovemybike

Tablica na Świętych Ługach© causeilovemybike
W tamtym roku, podczas mojej wizyty nad zbiornikiem, zwróciłem uwagę na fakt, że wycięto dużą ilość drzew w lesie otaczającym zbiornik. Niedawno wycięto kolejną "porcję" lasu. Na całe szczęście tereny są zalesiane od nowa. Nie mniej jednak powiewa tu ogromną pustka. Sami spójrzcie:

Trochę powycinali...© causeilovemybike
Co jeszcze ciekawego mogę o tym miejscu napisać? W oddali widziałem jednego wędkarza, gdzieś na środku zbiornika niesamowicie "darły się" kaczki i latały jak opętane. I to chyba tyle. Hmm, to nie było ciekawe...
Po powtórnym wjechaniu na drogę wojewódzką 483 postanowiłem jechać do Szczercowa, ot tak zajrzeć. Przez kawałek musiałem wlec się za traktorem z przyczepą:

Zza kierownicy© causeilovemybike
Że też kierowca nie mógł przyspieszyć do jakiś 27-30 km/h. Wtedy mógłbym za tym zestawem jechać i jechać. A tak, ledwo dwadzieścia na godzinę to było stanowczo za wolno...
Do Szczercowa jednak nie dotarłem, ponieważ kawałek przed tą uroczą miejscowością zachciało się skręcić w stronę miejscowości Rudzisko. Droga prowadziła przez Szczercowską Wieś, aż poprowadziła mnie do drogi wojewódzkiej 480. A tak w ogóle to wyjechałem naprzeciw domu siostry mojej babci;) I w tym miejscu zastanawiałem się, gdzie jechać, w lewo, czyli do Szczercowa, czy może w prawo, gdzie jeszcze nie jechałem. Wygrała ciekawość i wybrałem opcję numer dwa. Po kilku kilometrach jazdy przypomniało mi się, że droga ta prowadzi do Restarzewa, gdzie w tamtejszym kościele ślub brała córka siostry mojej babci (a macie trochę drzewa genealogicznego mojej rodziny!). Po dotarciu do wyżej wymienionej miejscowości zobaczyłem kościół, w którym byłem kilka lat temu. Budynek dość charakterystyczny, więc zapamiętałem. Okazały także:

Kościół w Restarzewie© causeilovemybike
Niestety nie mogłem zrobić udanego zdjęcia, ze względu na trudność z odpowiednim ustawieniem się przed kościołem, co było spowodowane przebudowa drogi obok obiektu i ustawionymi nieopodal paletami z krawężnikami, kostką brukowa i innymi bajerami.
No właśnie, drogę główną zamknięto, wytyczono objazd:

Oooobjazd;)© causeilovemybike
Różnymi objazdami jeździłem, ale ten był wyjątkowo niekomfortowy. Piaszczysto-żwirowa droga, samochody wzbijały tumany kurzu. Na całe szczęście nie był to długi odcinek, może jakieś 2-3 km.
Tym sposobem znalazłem się w Goryniu. Kawałek przed Chociwem minąłem Widawkę:

Widawka© causeilovemybike
Rzeka płynęła raźno i wesoło szumiąc. Pod mostem, na kawałku piasku opalały się jakieś dwie dziewczyny, mniej więcej w moim wieku. Kiedy zatrzymałem się, by zrobić zdjęcie, panny zawołały z wiejskim "akcentem": Enoo! Teee, kolarz! Cho no!". Taak, nie ma jak dobry podryw. Oczywiście zignorowałem tą inteligentną próbę zagajenia rozmowy i ruszyłem przed siebie.
Tuz za Chociwem, kilkanaście metrów przed znakiem "Kolonia Zawady" dostrzegłem dziwny budynek stojący kawałek od drogi wśród drzew. Trudno było mi zrobić dobre zdjęcie, bo wieżę otaczały bujne sosny, a świecące słońce także mi tego nie ułatwiało:

Wieża.© causeilovemybike
Zastanawia mnie dawne przeznaczenie tego budynku, bo teraz wyglądał on na wyłączony z użytkowania.
Dalej minąłem przejazd kolejowy i po pewnym czasie znalazłem się w Widawie, nie wjeżdżałem w głąb tej miejscowości, chciałem jechać już do domu. Zastanawiałem się, czy udać się do Zelowa przez Łask, czy może bliższą droga przed Krześlów. Druga opcja to dziurawa i "koleiniasta" trasa, wiem, bo parę razy wracałem z jazd z Sieradza tą drogą. A że nie miałem ochoty na wytłuczenie po raz kolejny sobie tyłka, pojechałem wojewódzką 481-ką.
Droga była ciekawa i urozmaicona kilkoma podjazdami i licznymi zakrętami. Taki urok wysoczyzny łaskiej. Momentami przeszkadzał mi wiatr, ale nie był on strasznie silny, aczkolwiek kilka razy zabluźniłem pod nosem;) Gdzieś po drodze wstąpiłem do sklepu, kupiłem napój i dwa Twix`y. Trzeba było uzupełnić węglowodany!
Po niedługim czasie Przywitał mnie powiat łaski, jakiś czas później wjechałem do Łasku:

Witam, witam!© causeilovemybike
A widzicie ta niebiańską poświatę wokół znaku witającego w Łasku, haha!
Skierowałem się pod Carrefoura, gdzie miałem spotkać się z Kacprem. Miło było go nawet zobaczyć. Wysłałem go do sklepu, by kupił mi jeszcze dwa Twix`y. I podzieliłem się z nim napojem. Potem odprowadzony przed kolegę droga osiedlową wśród bloków skierowałem się do Buczku, gdzie miałem wstąpić na loda, ale znowu była długa kolejka.
W celu wydłużenia wycieczki pojechałem przez Malenię, a nie jak zwykle 484-ką. Minąłem Czarny Las, znalazłem się na Zelówku, by wreszcie wjechać do Zelowa. Pod domem brakowało mi kilku kilometrów by mieć pełną setkę na liczniku, więc krzyknąłem tylko do mamy, która akurat wyszła zobaczyć przed dom, czy nie nadjeżdżam, że zaraz przyjadę.
Pokierowałem się do Łobudzic, Jadąc 484-ka w oddali spostrzegłem rowerzystę w wielkiej koszulce, takiej hip-hopowej, będąc bliżej dostrzegłem też irokeza na głowie, "diagnoza" była jednoznaczna - Boroń, i to na rowerze? Hahaha, jechał tak powoli, że nie wiedziałem, że można tak się wlec. Na szczęście nie trwało to długo, bo zaraz skręciłem w stronę Patyków, a on pojechał prosto.
Szybko przejechałem koło zbiornika, moment później byłem już w Bujnach koło kapliczki, przy której znowu siedziała ta "nawiedzona" kobieta. Niedługo później byłem już w domu, zadowolony, że bez planowania i żadnego problemu zaliczyłem spontaniczną setkę;)
A na koniec:

Kilka znaków;)© causeilovemybike
I żeby nie było wątpliwości, to miejscowości, które odwiedziłem podczas tego wyjazdu, którego opis jest powyżej:)
PozdRower!
Dane wyjazdu:
13.35 km
1.30 km teren
00:33 h
24.27 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Udany połów;)
Środa, 20 kwietnia 2011 · dodano: 23.04.2011 | Komentarze 3
Jako, że szybka trasa do Bełchatowa i z powrotem było mi za krótka, więc udałem sie jeszcze do chłopaków na Patyki, bo sobie łowili. to znaczy łowił Bartek, a reszta mu dopingowała. Mniej więcej wyglądało to tak:
Jeden łowi, 4 "pomaga".© causeilovemybike
Śmiechu co niemiara, aż się zdziwiłem, że ryby się nie wystraszyły. Bo oczywiście Bartoszowi udało się wyłowić taki między innymi okaz:

Taaaaaaaaaka sztuka!© causeilovemybike
Spokojnie, skubany złowił więcej, ale skończyła mi się pamięć w telefonie i nie mogłem uwiecznić tamtej chwili...
Z rowerowych tematów: powściekałem się rowerem Przemka po piachach (mój Trans Alp się kompletnie do tego nie nadaje niestety), zaliczyłem kilka górek. A potem zgłodniałem i postanowiłem pojechać do Zelowa do budki z fast foodem i coś sobie kupić. Dostałem tez zamówienie od Muchy na "hamburgiera", razem ze mną pojechał Przemek. W międzyczasie chłopaki wrócili z Patyków do Mirona, tam też posiedzieliśmy i towarzysko spędziliśmy wieczór...
Na koniec ujęcie Patyków z drugiego brzegu (zwykle fotografowałem od strony mola, bo nie chciało mi się iść po piaskach na drugą stronę):

Patyki z drugiej strony.© causeilovemybike
I to na tyle!
Pozdrower!
Dane wyjazdu:
41.20 km
0.00 km teren
01:31 h
27.16 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Szybka traska do B-towa.
Środa, 20 kwietnia 2011 · dodano: 22.04.2011 | Komentarze 2
W środę nie miałem specjalnych planów na rower, pewnie jak zwykle powłóczyłbym się samotnie po okolicy ciesząc się wspaniałą pogoda. Tego dnia jednak dostałem prawdziwego questa od taty.Miałem za zadanie pojechać rowerkiem do Bełchatowa, a w zasadzie kawałeczek za Bełchatów do mechanika, który miał jakieś pierdółki do Forda (bo to padło ciągle niedomaga).
Uzbroiłem się w słuchawki, puściłem dobrą, energetyczna muzykę i popłynąłem w siną dal. Jechało się świetnie, nie zwracałem uwagi czy wieje czy nie. Po prostu jechałem przed siebie, miałem przeciez ważną misję do wykonania!
Do miasta wjechałem po 30 minutach jazdy, wpadłem na ścieżkę rowerową i hardo gnałem przed siebie, aż do Grocholic, gdzie zrobiłem zdjęcia kościoła.

Kościół w Grocholicach.© causeilovemybike
Zajechałem pod zakład pana mechanika, zameldowałem się i byłem gotowy do odbioru "przesyłki" (trochę jak kurier). Paczka okazała się niebagatelnie wielka, sami spójrzcie:

Taka pierdółka, tyle zachodu;)© causeilovemybike
Nie zmienia to faktu, że za cztery takie pierdolniczki (uszczelki pod wtryski jak się niedawno dowiedziałem od ojczulka) zapłaciłem 188 PLN.
Z powrotem jechałem jeszcze żwawiej, musiałem nadrobić postoje na światłach, przejściach i tym podobnych. Zajechałem szybko pod "spożywczaka" i kupiłem butelkę wody. Potem jeszcze tylko wystraszyłem pannę dumnie przechadzającą się środkiem ścieżki rowerowej (obok było miejsce dla pieszych) hamując z czterdziechy niemalże do zera. Pisk, świst, trochę szkoda opony, ale widok panny odskakującej w szpilkach na bok był bezcenny. Wiem, wiem, to nieładnie tak robić, straszyć ludzi, ale szlag mnie trafia jak takie okazy bronią się przed faktem, że ścieżka dla rowerów jest dla rowerów, a ścieżka dla pieszych jest dla pieszych, jak sama nazwa wskazuje. Porządek musi być, nie?
Powrót do Zelowa taką samą trasą jak droga do B-towa, czyli wojewódzką 484-ką.
MISSION COMPLETED! Tata dumny z syna, syn spełniony rowerowo. I jest gicior!
Pozdrower!
Dane wyjazdu:
30.64 km
0.00 km teren
01:23 h
22.15 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Na Talar!
Wtorek, 19 kwietnia 2011 · dodano: 22.04.2011 | Komentarze 2
W czasie, kiedy pokonywaliśmy "Elką" sieradzkie drogi z instruktorem Romanem, rozmowa potoczyła się jakoś na temat rowerowy. Dowiedziałem się, że pan Romek, też lubi sobie czasami gdzieś pojeździć. I tak jakoś wspomniał mi o Talarze, o którym chyba juz zapomniałem. O ja nieszczęsny.Idąc dalej talarowym tropem, kiedy wróciłem z jazd do domu wziąłem się za serwisowanie mojej dziabki;)

Czyszczenie, pucowanie, smarowanie.© causeilovemybike
Musiałem wyczyścić napęd, nasmarować go, wydobyć piasek z manetek, które ostatnio zanurkowały w piachu dzięki mojej kreatywności za kierownicą jednośladu i ogólnie wypucować sprzęt, co to by wyglądał równie dobrze jak jeździ;) A efekt mojego grzebania przy rowerze był taki, że miałem dokładnie "nawilżone" smarami ręce;) Zawsze jakiś plus;)
Po jakimś czasie przyjechał po mnie Bartek, z którym na ową przejażdżkę się umówiłem. Ruszyliśmy w stronę Zelówka, potem przez las, minęliśmy Czarny Las, Malenię, przez Sowińce i Gucin, aż do Rokitnicy, czyli mniej więcej do Talaru. Miłym zaskoczeniem był fakt, że ostatnią część drogi niedawno (Bartek mówi, że z rok temu, nie wiem, dawno tam nie jeździłem) wyasfaltowano. Oczywiście zostawiono około kilometrowy, najgorszy, piaszczysty kawałek trasy, gdzie kopałem się przechędogo;) Ale jednak każdy komfortowo przejechany kawałek jest ważny:

Droga na Talar.© causeilovemybike
Udaliśmy się nad tamtejsze stawy, trochę posiedzieliśmy spędzając czas na rozmowie. Bartek dostrzegł jakiegoś wędkarza i poszedł do niego zagadać. Każdy ma jakąś pasję, on lubi "moczyć kija", a ja kręcić się bicyklem po okolicy. Korzystając z chwili zrobiłem kilka fotografii:

Na dziko...© causeilovemybike

To dopiero miejsce na relaks!© causeilovemybike

"Dzikie" widoki© causeilovemybike
Potem znudziły mi się widoczki i postanowiłem "upolować" jakiegoś zwierzaczka albo roślinkę. Wszystkie ptaszyny w ostatnim momencie przede mną zwiewały, mimo że starałem się iść tak cicho, że sam już nie wiedziałem czy idę, czy stoję. A potem umoczyłem sobie tyłek gimnastykując się, by sfotografować te kwiatki:

Leśne, wiosenne roślinki.© causeilovemybike

Kolejne "kwiotki"© causeilovemybike
Nastepnie udałem się do wędkarza rozmawiającego z Bartkiem. Stałem przez moment przysłuchując się rozmowie, ale jakoś temat mnie nie porwał, więc znowu nieco się oddaliłem :

Pień i staw...© causeilovemybike
Wreszcie usiadłem na ziemi i począłem radować się ciepłymi promieniami słonecznymi. Po jakimś czasie (nie wiem ile minęło, trochę odpłynąłem na słońcu) Bartek zaproponował, żeby pojechać dalej. Na koniec usłyszeliśmy jeszcze od pana wędkarza, że niegdyś kręcono w tych rejonach "Panienkę z okienka" i wujek tegoż pana użyczał konia do jakiejś sceny, za co dostał pięćset złotych. Taka ciekawostka. A ile w tym prawdy, to nie wiem.
Wróciliśmy po rowery, które stały trochę dalej przy brzegu i spostrzegliśmy, że w naszą stronę podpływa łabędź. Niestety zanim zdążyłem ostrożnie podejść i wystawić telefon w celu pstryknięcia zdjęcia, zwierzak dumnie odpłynął i pozo stało mi tylko tyle:

Łabądek na środku stawu.© causeilovemybike
Później przejechaliśmy obok starego młyna, przy którym były prowadzone akurat prace modernizacyjne. Warto dbać o takie miejsca, bez wątpienia są wartościowe.

Młyn - punkt obowiązkowy.© causeilovemybike
Dalej pojechaliśmy do sklepu, wszak trzeba było zakupić coś wzmacniającego. Po wizycie w sklepie wróciliśmy na miejsce i skierowaliśmy się nad rzeczkę i leżące w wodzie kamienie:

Panorama.© causeilovemybike
Wspólnie z Bartkiem próbowaliśmy przejść na drugą stronę, ale kamieni miejscami było za mało, a na kąpiel nie mieliśmy ochoty. Pozostało nam tylko schłodzić nasze wzmacniacze w zimnym nurcie strumyku:

Pierwszorzędna świeżość!© causeilovemybike
Miło sobie pogawędziliśmy, odpoczęliśmy na łonie przyrody, wyciszyliśmy się. Pojechaliśmy jeszcze raz do sklepu, za którym stał akurat radiowóz policyjny, ku niezadowoleniu okolicznych mieszkańców, którzy nie mogli niczym bohaterowie "Rancza" spożyć trunków na ławeczce przed sklepem:)
Pozostał nam jedynie powrót do domów, droga powrotna była świetna, spokojna (nawet w obliczu odkręcającego się błotnika Bartka, który w efekcie odpadł mu tuż przed domem), szybko dotarliśmy do Zelowa i każdy rozjechał się do domu.
To była na serio fajna przejażdżka!
Pozdrower!
Dane wyjazdu:
70.16 km
0.00 km teren
03:01 h
23.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
3 w 1. Bełchatów po ran n-ty.
Poniedziałek, 18 kwietnia 2011 · dodano: 21.04.2011 | Komentarze 2
Jest to suma z trzech dni. Najbardziej owocny był poniedziałek, ale zacznę od początku.W sobotę byłem zawalony, musiałem uporać sie z kilkoma zadaniami, na koniec zostało mi ogarnąć pedały w Laluni, bo lewy skurczybyk przestał się kręcić. Rozgrzebałem dziada z tata, ale okazało się, że brakuje kulek i w ogóle nie miałem do tego ani ochoty, ani głowy, ani zapału. No to założyłem stare pedały, oryginalne od Laluni, które kiedyś zaczęły trochę "jazgotać". Ale po leżakowaniu w komórce przez pół roku nabrały ochoty na kręcenia i działają jak "talala". Musiałem je jedynie wspomóc niewielką ilością smaru angielskiego, który upchnąłem za pomocą płaskiego śrubokrętu;) Można? Można! Potem przyjechał z Bełchatowa Patryk, zachciało mu się odwiedzić kumpli w Zelowie;) Wyjechaliśmy do Bartka, potem do Kacpra, aż w końcu pojechaliśmy na Kwasa zapoznać się lepiej z Vaclavem:)
Niedziela to było totalne kiszenie się w aucie. Pojechałem z familią w odwiedziny do dalszej rodzinki, przy okazji zaprosiłem chrzestnego na imprezkę osiemnastkową. Trochę u jednej cioci, trochę u kuzyna, trochę tam, nieco siam, dodatkowo droga w jedną stronę to 2 godzinki, tak więc prawie cały dzień zszedł właśnie na to "chałupkowanie". W drodze powrotnej w Buczku widziałem gigantycznie długą kolejkę po lody, które są tam bardzo dobre. Kolejka nie przesadzając była tak długa, jak po srajtaśmę w czasach PRL. Tak przynajmniej stwierdziła moja mama. Ja tez nabrałem ochoty na lodzika, nie miałem jednak ochoty na stanie w kilometrowej kolejce, pojechałem więc z Kacprem na Saską. I to w zasadzie cały mój niedzielny dystans.
Poniedziałek musiałem poświęcić na uczestnictwo w kursie pierwszej pomocy organizowany przez Sztab. Nie tyle co musiałem, lecz chciałem. I tak w tajemnicy przed tatą (za zgodą mamy) pojechałem rowerkiem do Bełka. Akurat w tym czasie, kiedy jechałem do mojego szanownego miasta powiatowego, mój tata powinien wracać autobusem pracowniczym do domu. Mijając każdy większy samochód ( busa albo coś bardziej gabarytowego) miałem stracha, że mnie zobaczy, na całe szczęście okazało się, że ojczulek wrócił 3 godziny później;)
A sam kurs? Fajna sprawa, robiłem za poszkodowanego, leżałem sobie wygodnie na kocyku, a Wasyl mnie ratował. Czego się nie robi w celach edukacyjnych. Polecam Wam serdecznie takie przedsięwzięcia, podstawowe umiejętności udzielania pierwszej pomocy są niezmiernie ważne!
Po kursie wstąpiłem do Patryka, przeszliśmy się przez park, w którym zrobiłem jakieś byle jakie zdjęcia, bo już kompletnie nie miałem czego fotografować, sił za dużo tez nie miałem... Dlatego wielkie sorry z góry;)

Jeden z bełchatowskich parków© causeilovemybike

Kawałek parku.© causeilovemybike
Akurat czekając przed przejsciem dla pieszych z Ptrykiem zadzownił do mnie tata:
- Gdzie jesteś? (Ups, zorientował się??!!)
* Yyy, za Łobudzicami. A co sie stało? (Wybrnąłem)
- A nie, nic, tylko przyjedź do domu, to weźmiemy to zaproszenie i zawieziemy cioci do Bełchatowa, okej? To za ile będziesz?
* Yy, za 40 minut, okej? (Kurde, jak ja zdążę?!)
- No dobra, cześć.
Fajna sytuacja, pozostało mi tylko podpierdzielać do domu. Przyjechałem spocony jak mysz, zjadłem w biegu jakaś kanapkę i dziesięć minut później siedziałem w aucie z tata i podążałem do Bełchatowa. Oczywiście nie dałem niczego po sobie poznać, że właśnie stamtąd wróciłem.
A moja mama stwierdziła, że to były bardzo ciekawe emocje ukrywać takie kłamstewko przed tata. Hoho, tylko żeby mu za często tak nie ściemniała!
I tak oto streściłem Wam trzy moje dni, hoho, zaczyna się z tego robić bardziej dziennik, niż blog rowerowy:)
Pozdrower!
Dane wyjazdu:
13.71 km
0.00 km teren
00:40 h
20.57 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Krótko i treściwie.
Piątek, 15 kwietnia 2011 · dodano: 16.04.2011 | Komentarze 2
Kolejny dzionek, w którym nie miałem dużo czasu na rower. Rano konkurs z biologi, potem trochę pochodziłem z Bartkiem po sklepach. Po powrocie do domu musiałem ogarnąć rozgardiasz w pokoju, nawiedził mnie Kacper. Na sam koniec pojechałem na ostatni już wykład na prawko.Przemek oddał swój rower do naprawy, musiał zainwestować w nowy napęd i trzeba było zająć się amortyzatorem. Miał już taką dużą ochotę na rower, że przebolał fakt, że Krossa jeszcze nie odebrał i przybył do mnie Rometem Clipperem swojego dziadka;)
Wybraliśmy się w bardzo krótka traskę, bo byliśmy umówieni z chłopakami na wieczór. Pojechaliśmy przez Zelówek, Czarny Las i Malenię do Bachorzyna. Wreszcie nie wiało i mogłem swobodnie nadrobić średnią. A nadrabiac chciałem dlatego, że wracając z kursu, jechałem rowerem, a dziewczyny szły i AVG wyszła mi 11 kilometrów na godzinę. W Bachorzynie TIR cofał do jakiejś bramy i zrobił się mały korek, ale przemknąłem z Przemkiem bokiem.
Mogę się założyć, że te małpy w autach bluzgały ostro pod nosem;) No bo jak to? Ja jadę, a on stoi? Haha, dobrze im tak. Trochę ruchu.
A tak wracając do sedna, na Kościuszki zgubiłem Przemka, tak dobrze mi się jechało, że o nim zapomniałem. A reszta wieczoru była bardzo udana, ale niekoniecznie rowerowa;)
Dziś muszę czekać aż rodzice wrócą do domu, bo rano gdzieś pojechali, wzięli ze sobą klucze i nie mogę wyciągnąć roweru z garażu. Miło...
I żeby był jakiś miły akcent na koniec:
&feature=related
Przyszła nareszcie ta wiosna, spoglądam przez okno i...
...i sobie idę! Wiosna!!
Pozdrower!
Dane wyjazdu:
70.02 km
0.00 km teren
03:28 h
20.20 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Dentysta, elektrownia i pizza.
Czwartek, 14 kwietnia 2011 · dodano: 15.04.2011 | Komentarze 12
Nie było ani ciepło, ani bezwietrznie, ani słonecznie. Mimo wszystko wybrałem się z Muchą na mini wyprawę. Z dwóch względów: po pierwsze miałem już cholerną ochotę trochę się powłóczyć rowerem, a po drugie Mucha chciał pojechać jednośladem do dentysty do Rogowca. Galanta bania;)Spotkanie o 9.30 koło "czeskiego" kościoła, chwile pogadaliśmy z Łukaniem, który akurat wybierał się do szkoły. Okazało się, że policzyłem czas jazdy na 40 kilometrów, podczas gdy do pokonania mieliśmy niecałe 30. Biorąc pod uwagę wiaterek dmuchający nam delikatnie w plecy, bez zastanowienia mogę powiedzieć, że drogę do Rogowca mieliśmy świetną. Dlatego tez niespecjalnie się spieszyliśmy, jechaliśmy spokojnym tempem, opowiadałem kompanowi moje przeżycia związane z pierwszą jazda w Sieradzu, śmialiśmy się i w ogóle było fajnie.
Przejeżdżaliśmy koło Grobli (ośrodek, gdzie w weekendy organizowane są imprezki, można łowić ryby, zjeść coś dobrego). A tu zastaliśmy niezłą rozbudowę. Właściciel buduje dużą altanę z drewna, naprawdę wygląda to imponująco, widać, że interes dobrze się kręci;)
W Klukach sfotografowałem kościółek, z bardzo ładnie urządzonym ogrodem, wszystko schludne, ładne i zadbane.

Kościółek w Klukach.© causeilovemybike
W Klukach wstąpiliśmy do sklepu, musiałem kupić chusteczki, bo zarąbiście kapało mi z nosa. Po krótkim postoju pod sklepem i chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej. Wjechaliśmy na moment na DK 8, by za chwilkę zjechać na boczną drogę, która miała nas poprowadzić do celu. Szeroki, równy asfalt, w dodatku z górki, nie muszę zaznaczać, że jechało nam się świetnie. Nie tylko nam. Kierowcy samochodów też dokazywali wyprzedzając nas na pełnym gazie. Brrr.
Minęliśmy Ścichawę, a gdzieś koło Żelichowic zażartowałem do Muchy: "Patrz, jeden piesek"(kundel podbiegł do mnie i zaczął ujadać lecąc za mną, "O, zobacz, drugi biegnie" (historia się powtórzyła) "Haha, trzeci jest!". Az mnie jeden z tych wrednych skurczybyków złapał za trampką, no to zahamowałem i przepędziłem te wredne zwierzęta. Kurde!
Dalsza droga była strasznie dziurawa, nic dziwnego, skoro przejeżdża tam dużo TIR-ów i ciężarówek z kopalni i elektrowni. Akurat zdążyłem powiedzieć, że przydałoby się, żeby ktoś tą drogę trochę połatał, bo trzeba jechać slalomem, żeby nie uszkodzić sobie obręczy, kiedy wyjechaliśmy zza zakrętu i dostrzegliśmy ekipę drogową łatającą dziury. Tak się uśmiałem i zdziwiłem, że zrobiłem zdjęcie:

Łatają dziury!© causeilovemybike
Szkoda tylko, że robili to byle jak, rzucali asfalt w brudne wyrwy w jezdni i zaczęli od tego mniej dziurawego odcinka. Ale w zasadzie dobre i to, prawda?
Dalej minęliśmy stary wiadukt kolejowy, który aktualnie chyba nie jest zbyt często używany, jeśli w ogóle jest. W Bełchatowie zresztą tez są tory kolejowe, ale chyba jeszcze nigdy nie widziałem tam pociągu, Chłopaki z Bełka, jak to jest?

Stary wiadukt kolejowy.© causeilovemybike
Od Kolonii Kaszewice kominy elektrowni śmiało górowały nad lasem, a kiedy wjechaliśmy do Rogowca, czułem się jakoś dziwnie. Mnóstwo budynków, samochody transportowe, robotnicy w takich fajnych wdziankach. Czułem się bardziej jak na terenie jakiegoś gigantycznego zakładu przemysłowego, a to przecież normalne drogi i normalna miejscowość (w zasadzie nikt tam nie mieszka, ale ludzi jest tam pełno, Elektrownia zatrudnia bowiem ponad 4 tysiące osób, a trzeba doliczyć jeszcze wszystkie spółki, spółeczki, inne firmy współpracujące z molochem)
Miły pan pilnujący szlabanu wołał do nas: "Chłopaki, szóstkę wrzucać!". Pojechaliśmy pod przychodnię Mega-Med, gdzie Bartek był umówiony na wizytę u dentysty. Na początku na niego czekałem, zrobiłem zdjęcie karetce:

Ambulans w Rogowcu© causeilovemybike
Swoją droga ciekawe jak stary Defender spisuje się jako Ambulans. Hmmm?
Znudzilo mnie czekanie pod przychodnią, więc pojechałem się trochę rozejrzeć. Cały czas wyprzedzały mnie, albo tez mijałem się z ciężarówkami, TIR-ami, albo choćby terenówkami. No i jeszcze czasem spotkałem dobra furę "kadry zarządzającej". Wszyscy ci, którzy mnie widzieli, troche dziwnie się patrzyli, nic dziwnego, nieczęsto chyba ludzie jeżdzą sobie tam rowerkami:)
Po krótkim rekonesansie wróciłem pod Mega-Med, trafiłem idealnie, bowiem Bartek po chwili wyszedł na zewnątrz.
Facet od szlabanu tym razem wołał do Bartka, że urwał mu się błotnik. I w tym miejscu muszę powiedzieć, że bardzo podziwiałem Bartka, bo jechał rowerem z urwanym błotnikiem i bagażnikiem już od Parzna i nawet nie marudził. A plus tego był taki, że przynajmniej słyszałem, że jedzie;P
Kolejnym moim spostrzeżeniem jest fakt, że strasznie często przejeżdżaliśmy przez przejazdy kolejowe. Wszak czymś tam muszą te maszyny transportować między budynkami. Niestety nie widziałem żadnego wagonika w ruchu;( I jeszcze te brzęczące od przepływającego prądu kable i transformatory. Ot, takie moje spostrzeżenia.
Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć nowego bloku, który ma mieć moc 858 MW. Będzie to największy i najnowocześniejszy blok energetyczny w Polsce. Haa, taką technologiczną perełkę mam koło siebie;)

Nowy blok Elektrowni "Bełchatów"© causeilovemybike

Chłodnia kominowa.© causeilovemybike

858 Mega Wattów;)© causeilovemybike
Elektrownia na Energetycznej, Knauf(producent tynków i zapraw) na Gipsowej i jest porządek. A tak na marginesie bełchatowska elektrownia ma jedne z najnowocześniejszych systemów oczyszczania spalin, więc ten dym, który widać na zdjęciach to głównie para wodna. Inne zanieczyszczenia są przechwytywane przez bardzo nowoczesne filtry i część jest wykorzystywana do produkcji gipsu.
Ale dobra, o elektrowni więcej już nie piszę, no może oprócz tego, że na tym całym elektrownianym terenie panuje porządek, nie ma śmieci po kątach, chodniki są równo ułożone, drogi równe, krzewy i krzewiki schludnie przycięte. Lubie taki porządek.
Ale nadszedł czas na wyjazd z tego dziwnego miejsca, w Bełchatowie czekał na nas Łukaniu. Najpierw jechaliśmy droga asfaltową przez las, przestało być milo, bo wiaterek zaczął dmuchać nam w twarz. Potem wskoczyliśmy na ścieżkę rowerową łączącą Bełchatów ze Słokiem i Wawrzkowizną. Droga rowerową jechało się bardzo wygodnie, wreszcie mogliśmy się odprężyć i przestać uważać na ciągle jeżdżące auta.

Ścieżka rowerowa za Bełchatowem© causeilovemybike
Postanowiliśmy zajrzeć jeszcze na Słok, skoro byliśmy tak blisko. Oto kilka zdjęć:

Dróżka na Słoku© causeilovemybike

Na Słoku.© causeilovemybike
Widok na elektrownię w dzień jest świetny, ale noca, kiedy kominy sa oświetlone wygląda to jeszcze ciekawiej. Może kiedyś uda mi się tam wybrać wieczorem?

Widok na elektrownię ze Słoku.© causeilovemybike
Musieliśmy wracać, bo Łukaniu coraz bardziej się upominał o nas. Do Bełchatowa wjeżdżaliśmy zmagając się z wiatrem, na całe szczęście było dużo odcinków, kiedy mogliśmy jechać bez ostrzejszego pedałowania "z górki", więc "dało się przeżyć".
W samym Bełchatowie natknęliśmy się akurat na bandę młodzieży wracająca po lekcjach do domów. Już z Łukaniem wybraliśmy się na pizze, bo ogromnie mnie i Muchę męczył głodek;)
A potem pozostało nam tylko wracać do domu. Odprowadziliśmy Łukasza na przystanek, spotkaliśmy wspólną koleżankę, która dziwiła nam się, że chciało nam się tutaj jechać rowerem;) I wpadliśmy także na Ogroma, zasuwał akurat chodnikiem w wojskowym stroju, ale szpan!
Trasa powrotna oczywiście "krajobrazowa", czyli znowu przez Ławy, Rożniatowice, Ostoję, Grabostów, Bujny do Zelowa. Wiatr zaczął mnie już denerwować, ale daliśmy radę beż problemu. Przy wjeździe do Zelowa spotkaliśmy Ogroma i Łukania z Kacprem, hoho, jak dawno się nie widzieliśmy. Czyli wynika z tego, że tak bardzo wolno nie pedałowaliśmy z Muchą;)
Musiałem wstąpić jeszcze do motoryzacyjnego, zapytać o pewną część do samochodu, którą uszkodził serwisant w czasie wymiany opon w Fordzie. Niestety nie udało się dokupić;( A i jeszcze zrobiłem małe kółeczko koło domu, żeby mieć na liczniku pełne 70 kilometrów.
A tak generalnie trasa przebiegała następująco:
Wyjazd bardzo mi się podobał. I co najważniejsze, wreszcie się ruszyłem gdzieś rowerem!
Tak, to byłoby na tyle. Nie będę Was męczył częścią muzyczna.
Pozdrower!
Dane wyjazdu:
21.27 km
0.00 km teren
h
km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Licho, licho, bardzo licho...
Środa, 6 kwietnia 2011 · dodano: 12.04.2011 | Komentarze 4
Ostatnio strasznie u mnie kiepsko pod względem rowerowym. Brak pogody, brak czasu, brak kompana. Wszystko nałożyło się na siebie i strasznie mnie to denerwuje, że nie mam czasu pokręcić... Na całe szczęście pod koniec tygodnia widzę światełko w moim rowerowym tunelu i powinno się wszystko rozjaśnić.W ostatnią środę wybrałem się na rower, skorzystałem akurat z chwilowego rozpogodzenia, ale wyszło tak, że wylądowałem z Kacprem u Łukania i pomagaliśmy mu zrzucić piasek z auta, który jest potrzebny przy budowie garażu . A potem wiało albo padało, lub też i wiało i padało, w dodatku miałem zamęt w szkole, kursy na prawko. W weekendy do południa i po południa ciągle coś do zrobienia, więc przejechać się rowerem miałem okazję tylko na działkę i z powrotem, ewentualnie jeszcze do monopolowego, bo trochę było imprezek;)
Wyrażam jednak ogromne nadzieję, że w czwartek wybiorę się gdzieś na dłuższą trasę, zwłaszcza, że nie mam jazd i lekcji, więc jeśli pogoda dopisze, będzie to znak "Filip, siadaj na rower, kręć i nie marudź!".
Tak, właśnie tak!
A teraz kilka prawdziwych, szczerych i miłych dla ucha dźwięków. Bo tak, a nie inaczej.
&feature=related
Pozdrower!!!!!!