Info
Chcesz wiedzieć więcej o mnie?.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2012, Grudzień7 - 3
- 2012, Listopad1 - 1
- 2012, Maj1 - 5
- 2012, Kwiecień2 - 0
- 2012, Marzec2 - 8
- 2011, Grudzień1 - 2
- 2011, Sierpień5 - 4
- 2011, Lipiec1 - 5
- 2011, Czerwiec6 - 14
- 2011, Maj10 - 19
- 2011, Kwiecień16 - 60
- 2011, Marzec20 - 63
- 2011, Luty4 - 10
- 2011, Styczeń9 - 16
- 2010, Grudzień14 - 17
- 2010, Listopad6 - 0
- 2010, Październik22 - 3
- 2010, Wrzesień20 - 4
- 2010, Sierpień19 - 4
- 2010, Lipiec3 - 1
Dane wyjazdu:
70.16 km
0.00 km teren
03:01 h
23.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
3 w 1. Bełchatów po ran n-ty.
Poniedziałek, 18 kwietnia 2011 · dodano: 21.04.2011 | Komentarze 2
Jest to suma z trzech dni. Najbardziej owocny był poniedziałek, ale zacznę od początku.W sobotę byłem zawalony, musiałem uporać sie z kilkoma zadaniami, na koniec zostało mi ogarnąć pedały w Laluni, bo lewy skurczybyk przestał się kręcić. Rozgrzebałem dziada z tata, ale okazało się, że brakuje kulek i w ogóle nie miałem do tego ani ochoty, ani głowy, ani zapału. No to założyłem stare pedały, oryginalne od Laluni, które kiedyś zaczęły trochę "jazgotać". Ale po leżakowaniu w komórce przez pół roku nabrały ochoty na kręcenia i działają jak "talala". Musiałem je jedynie wspomóc niewielką ilością smaru angielskiego, który upchnąłem za pomocą płaskiego śrubokrętu;) Można? Można! Potem przyjechał z Bełchatowa Patryk, zachciało mu się odwiedzić kumpli w Zelowie;) Wyjechaliśmy do Bartka, potem do Kacpra, aż w końcu pojechaliśmy na Kwasa zapoznać się lepiej z Vaclavem:)
Niedziela to było totalne kiszenie się w aucie. Pojechałem z familią w odwiedziny do dalszej rodzinki, przy okazji zaprosiłem chrzestnego na imprezkę osiemnastkową. Trochę u jednej cioci, trochę u kuzyna, trochę tam, nieco siam, dodatkowo droga w jedną stronę to 2 godzinki, tak więc prawie cały dzień zszedł właśnie na to "chałupkowanie". W drodze powrotnej w Buczku widziałem gigantycznie długą kolejkę po lody, które są tam bardzo dobre. Kolejka nie przesadzając była tak długa, jak po srajtaśmę w czasach PRL. Tak przynajmniej stwierdziła moja mama. Ja tez nabrałem ochoty na lodzika, nie miałem jednak ochoty na stanie w kilometrowej kolejce, pojechałem więc z Kacprem na Saską. I to w zasadzie cały mój niedzielny dystans.
Poniedziałek musiałem poświęcić na uczestnictwo w kursie pierwszej pomocy organizowany przez Sztab. Nie tyle co musiałem, lecz chciałem. I tak w tajemnicy przed tatą (za zgodą mamy) pojechałem rowerkiem do Bełka. Akurat w tym czasie, kiedy jechałem do mojego szanownego miasta powiatowego, mój tata powinien wracać autobusem pracowniczym do domu. Mijając każdy większy samochód ( busa albo coś bardziej gabarytowego) miałem stracha, że mnie zobaczy, na całe szczęście okazało się, że ojczulek wrócił 3 godziny później;)
A sam kurs? Fajna sprawa, robiłem za poszkodowanego, leżałem sobie wygodnie na kocyku, a Wasyl mnie ratował. Czego się nie robi w celach edukacyjnych. Polecam Wam serdecznie takie przedsięwzięcia, podstawowe umiejętności udzielania pierwszej pomocy są niezmiernie ważne!
Po kursie wstąpiłem do Patryka, przeszliśmy się przez park, w którym zrobiłem jakieś byle jakie zdjęcia, bo już kompletnie nie miałem czego fotografować, sił za dużo tez nie miałem... Dlatego wielkie sorry z góry;)

Jeden z bełchatowskich parków© causeilovemybike

Kawałek parku.© causeilovemybike
Akurat czekając przed przejsciem dla pieszych z Ptrykiem zadzownił do mnie tata:
- Gdzie jesteś? (Ups, zorientował się??!!)
* Yyy, za Łobudzicami. A co sie stało? (Wybrnąłem)
- A nie, nic, tylko przyjedź do domu, to weźmiemy to zaproszenie i zawieziemy cioci do Bełchatowa, okej? To za ile będziesz?
* Yy, za 40 minut, okej? (Kurde, jak ja zdążę?!)
- No dobra, cześć.
Fajna sytuacja, pozostało mi tylko podpierdzielać do domu. Przyjechałem spocony jak mysz, zjadłem w biegu jakaś kanapkę i dziesięć minut później siedziałem w aucie z tata i podążałem do Bełchatowa. Oczywiście nie dałem niczego po sobie poznać, że właśnie stamtąd wróciłem.
A moja mama stwierdziła, że to były bardzo ciekawe emocje ukrywać takie kłamstewko przed tata. Hoho, tylko żeby mu za często tak nie ściemniała!
I tak oto streściłem Wam trzy moje dni, hoho, zaczyna się z tego robić bardziej dziennik, niż blog rowerowy:)
Pozdrower!
Komentarze
hercules | 22:38 czwartek, 21 kwietnia 2011 | linkuj
Cieszę się, że ja nie muszę przed nikim moich wyjazdów ukrywać! Pozdrawiam!
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!