Info

avatar Ten blog rowerowy jest prowadzony przez causeilovemybike z miasta Zelów. Przejechałem 4396.94 kilometrów, z czego 118.53 w terenie. Moja średnia prędkość to 20.29 km/h
Chcesz wiedzieć więcej o mnie?.

baton rowerowy bikestats.pl

Kontakt


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy causeilovemybike.bikestats.pl

Licznik odwiedzin


Od 16 października mój blog odwiedziło Liczniki odwiedzin osób;)
Wpisy archiwalne w miesiącu

Kwiecień, 2011

Dystans całkowity:655.64 km (w terenie 1.30 km; 0.20%)
Czas w ruchu:28:07
Średnia prędkość:22.56 km/h
Maksymalna prędkość:52.60 km/h
Liczba aktywności:16
Średnio na aktywność:40.98 km i 1h 52m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
70.16 km 0.00 km teren
03:01 h 23.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

3 w 1. Bełchatów po ran n-ty.

Poniedziałek, 18 kwietnia 2011 · dodano: 21.04.2011 | Komentarze 2

Jest to suma z trzech dni. Najbardziej owocny był poniedziałek, ale zacznę od początku.

W sobotę byłem zawalony, musiałem uporać sie z kilkoma zadaniami, na koniec zostało mi ogarnąć pedały w Laluni, bo lewy skurczybyk przestał się kręcić. Rozgrzebałem dziada z tata, ale okazało się, że brakuje kulek i w ogóle nie miałem do tego ani ochoty, ani głowy, ani zapału. No to założyłem stare pedały, oryginalne od Laluni, które kiedyś zaczęły trochę "jazgotać". Ale po leżakowaniu w komórce przez pół roku nabrały ochoty na kręcenia i działają jak "talala". Musiałem je jedynie wspomóc niewielką ilością smaru angielskiego, który upchnąłem za pomocą płaskiego śrubokrętu;) Można? Można! Potem przyjechał z Bełchatowa Patryk, zachciało mu się odwiedzić kumpli w Zelowie;) Wyjechaliśmy do Bartka, potem do Kacpra, aż w końcu pojechaliśmy na Kwasa zapoznać się lepiej z Vaclavem:)

Niedziela to było totalne kiszenie się w aucie. Pojechałem z familią w odwiedziny do dalszej rodzinki, przy okazji zaprosiłem chrzestnego na imprezkę osiemnastkową. Trochę u jednej cioci, trochę u kuzyna, trochę tam, nieco siam, dodatkowo droga w jedną stronę to 2 godzinki, tak więc prawie cały dzień zszedł właśnie na to "chałupkowanie". W drodze powrotnej w Buczku widziałem gigantycznie długą kolejkę po lody, które są tam bardzo dobre. Kolejka nie przesadzając była tak długa, jak po srajtaśmę w czasach PRL. Tak przynajmniej stwierdziła moja mama. Ja tez nabrałem ochoty na lodzika, nie miałem jednak ochoty na stanie w kilometrowej kolejce, pojechałem więc z Kacprem na Saską. I to w zasadzie cały mój niedzielny dystans.

Poniedziałek musiałem poświęcić na uczestnictwo w kursie pierwszej pomocy organizowany przez Sztab. Nie tyle co musiałem, lecz chciałem. I tak w tajemnicy przed tatą (za zgodą mamy) pojechałem rowerkiem do Bełka. Akurat w tym czasie, kiedy jechałem do mojego szanownego miasta powiatowego, mój tata powinien wracać autobusem pracowniczym do domu. Mijając każdy większy samochód ( busa albo coś bardziej gabarytowego) miałem stracha, że mnie zobaczy, na całe szczęście okazało się, że ojczulek wrócił 3 godziny później;)

A sam kurs? Fajna sprawa, robiłem za poszkodowanego, leżałem sobie wygodnie na kocyku, a Wasyl mnie ratował. Czego się nie robi w celach edukacyjnych. Polecam Wam serdecznie takie przedsięwzięcia, podstawowe umiejętności udzielania pierwszej pomocy są niezmiernie ważne!

Po kursie wstąpiłem do Patryka, przeszliśmy się przez park, w którym zrobiłem jakieś byle jakie zdjęcia, bo już kompletnie nie miałem czego fotografować, sił za dużo tez nie miałem... Dlatego wielkie sorry z góry;)

Jeden z bełchatowskich parków © causeilovemybike


Kawałek parku. © causeilovemybike


Akurat czekając przed przejsciem dla pieszych z Ptrykiem zadzownił do mnie tata:
- Gdzie jesteś? (Ups, zorientował się??!!)
* Yyy, za Łobudzicami. A co sie stało? (Wybrnąłem)
- A nie, nic, tylko przyjedź do domu, to weźmiemy to zaproszenie i zawieziemy cioci do Bełchatowa, okej? To za ile będziesz?
* Yy, za 40 minut, okej? (Kurde, jak ja zdążę?!)
- No dobra, cześć.

Fajna sytuacja, pozostało mi tylko podpierdzielać do domu. Przyjechałem spocony jak mysz, zjadłem w biegu jakaś kanapkę i dziesięć minut później siedziałem w aucie z tata i podążałem do Bełchatowa. Oczywiście nie dałem niczego po sobie poznać, że właśnie stamtąd wróciłem.

A moja mama stwierdziła, że to były bardzo ciekawe emocje ukrywać takie kłamstewko przed tata. Hoho, tylko żeby mu za często tak nie ściemniała!

I tak oto streściłem Wam trzy moje dni, hoho, zaczyna się z tego robić bardziej dziennik, niż blog rowerowy:)

Pozdrower!


Dane wyjazdu:
13.71 km 0.00 km teren
00:40 h 20.57 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Krótko i treściwie.

Piątek, 15 kwietnia 2011 · dodano: 16.04.2011 | Komentarze 2

Kolejny dzionek, w którym nie miałem dużo czasu na rower. Rano konkurs z biologi, potem trochę pochodziłem z Bartkiem po sklepach. Po powrocie do domu musiałem ogarnąć rozgardiasz w pokoju, nawiedził mnie Kacper. Na sam koniec pojechałem na ostatni już wykład na prawko.

Przemek oddał swój rower do naprawy, musiał zainwestować w nowy napęd i trzeba było zająć się amortyzatorem. Miał już taką dużą ochotę na rower, że przebolał fakt, że Krossa jeszcze nie odebrał i przybył do mnie Rometem Clipperem swojego dziadka;)

Wybraliśmy się w bardzo krótka traskę, bo byliśmy umówieni z chłopakami na wieczór. Pojechaliśmy przez Zelówek, Czarny Las i Malenię do Bachorzyna. Wreszcie nie wiało i mogłem swobodnie nadrobić średnią. A nadrabiac chciałem dlatego, że wracając z kursu, jechałem rowerem, a dziewczyny szły i AVG wyszła mi 11 kilometrów na godzinę. W Bachorzynie TIR cofał do jakiejś bramy i zrobił się mały korek, ale przemknąłem z Przemkiem bokiem.

Mogę się założyć, że te małpy w autach bluzgały ostro pod nosem;) No bo jak to? Ja jadę, a on stoi? Haha, dobrze im tak. Trochę ruchu.

A tak wracając do sedna, na Kościuszki zgubiłem Przemka, tak dobrze mi się jechało, że o nim zapomniałem. A reszta wieczoru była bardzo udana, ale niekoniecznie rowerowa;)

Dziś muszę czekać aż rodzice wrócą do domu, bo rano gdzieś pojechali, wzięli ze sobą klucze i nie mogę wyciągnąć roweru z garażu. Miło...

I żeby był jakiś miły akcent na koniec:

&feature=related

Przyszła nareszcie ta wiosna, spoglądam przez okno i...
...i sobie idę! Wiosna!!

Pozdrower!


Dane wyjazdu:
70.02 km 0.00 km teren
03:28 h 20.20 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Dentysta, elektrownia i pizza.

Czwartek, 14 kwietnia 2011 · dodano: 15.04.2011 | Komentarze 12

Nie było ani ciepło, ani bezwietrznie, ani słonecznie. Mimo wszystko wybrałem się z Muchą na mini wyprawę. Z dwóch względów: po pierwsze miałem już cholerną ochotę trochę się powłóczyć rowerem, a po drugie Mucha chciał pojechać jednośladem do dentysty do Rogowca. Galanta bania;)

Spotkanie o 9.30 koło "czeskiego" kościoła, chwile pogadaliśmy z Łukaniem, który akurat wybierał się do szkoły. Okazało się, że policzyłem czas jazdy na 40 kilometrów, podczas gdy do pokonania mieliśmy niecałe 30. Biorąc pod uwagę wiaterek dmuchający nam delikatnie w plecy, bez zastanowienia mogę powiedzieć, że drogę do Rogowca mieliśmy świetną. Dlatego tez niespecjalnie się spieszyliśmy, jechaliśmy spokojnym tempem, opowiadałem kompanowi moje przeżycia związane z pierwszą jazda w Sieradzu, śmialiśmy się i w ogóle było fajnie.

Przejeżdżaliśmy koło Grobli (ośrodek, gdzie w weekendy organizowane są imprezki, można łowić ryby, zjeść coś dobrego). A tu zastaliśmy niezłą rozbudowę. Właściciel buduje dużą altanę z drewna, naprawdę wygląda to imponująco, widać, że interes dobrze się kręci;)

W Klukach sfotografowałem kościółek, z bardzo ładnie urządzonym ogrodem, wszystko schludne, ładne i zadbane.

Kościółek w Klukach. © causeilovemybike


W Klukach wstąpiliśmy do sklepu, musiałem kupić chusteczki, bo zarąbiście kapało mi z nosa. Po krótkim postoju pod sklepem i chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej. Wjechaliśmy na moment na DK 8, by za chwilkę zjechać na boczną drogę, która miała nas poprowadzić do celu. Szeroki, równy asfalt, w dodatku z górki, nie muszę zaznaczać, że jechało nam się świetnie. Nie tylko nam. Kierowcy samochodów też dokazywali wyprzedzając nas na pełnym gazie. Brrr.

Minęliśmy Ścichawę, a gdzieś koło Żelichowic zażartowałem do Muchy: "Patrz, jeden piesek"(kundel podbiegł do mnie i zaczął ujadać lecąc za mną, "O, zobacz, drugi biegnie" (historia się powtórzyła) "Haha, trzeci jest!". Az mnie jeden z tych wrednych skurczybyków złapał za trampką, no to zahamowałem i przepędziłem te wredne zwierzęta. Kurde!

Dalsza droga była strasznie dziurawa, nic dziwnego, skoro przejeżdża tam dużo TIR-ów i ciężarówek z kopalni i elektrowni. Akurat zdążyłem powiedzieć, że przydałoby się, żeby ktoś tą drogę trochę połatał, bo trzeba jechać slalomem, żeby nie uszkodzić sobie obręczy, kiedy wyjechaliśmy zza zakrętu i dostrzegliśmy ekipę drogową łatającą dziury. Tak się uśmiałem i zdziwiłem, że zrobiłem zdjęcie:

Łatają dziury! © causeilovemybike


Szkoda tylko, że robili to byle jak, rzucali asfalt w brudne wyrwy w jezdni i zaczęli od tego mniej dziurawego odcinka. Ale w zasadzie dobre i to, prawda?

Dalej minęliśmy stary wiadukt kolejowy, który aktualnie chyba nie jest zbyt często używany, jeśli w ogóle jest. W Bełchatowie zresztą tez są tory kolejowe, ale chyba jeszcze nigdy nie widziałem tam pociągu, Chłopaki z Bełka, jak to jest?

Stary wiadukt kolejowy. © causeilovemybike


Od Kolonii Kaszewice kominy elektrowni śmiało górowały nad lasem, a kiedy wjechaliśmy do Rogowca, czułem się jakoś dziwnie. Mnóstwo budynków, samochody transportowe, robotnicy w takich fajnych wdziankach. Czułem się bardziej jak na terenie jakiegoś gigantycznego zakładu przemysłowego, a to przecież normalne drogi i normalna miejscowość (w zasadzie nikt tam nie mieszka, ale ludzi jest tam pełno, Elektrownia zatrudnia bowiem ponad 4 tysiące osób, a trzeba doliczyć jeszcze wszystkie spółki, spółeczki, inne firmy współpracujące z molochem)

Miły pan pilnujący szlabanu wołał do nas: "Chłopaki, szóstkę wrzucać!". Pojechaliśmy pod przychodnię Mega-Med, gdzie Bartek był umówiony na wizytę u dentysty. Na początku na niego czekałem, zrobiłem zdjęcie karetce:

Ambulans w Rogowcu © causeilovemybike


Swoją droga ciekawe jak stary Defender spisuje się jako Ambulans. Hmmm?

Znudzilo mnie czekanie pod przychodnią, więc pojechałem się trochę rozejrzeć. Cały czas wyprzedzały mnie, albo tez mijałem się z ciężarówkami, TIR-ami, albo choćby terenówkami. No i jeszcze czasem spotkałem dobra furę "kadry zarządzającej". Wszyscy ci, którzy mnie widzieli, troche dziwnie się patrzyli, nic dziwnego, nieczęsto chyba ludzie jeżdzą sobie tam rowerkami:)

Po krótkim rekonesansie wróciłem pod Mega-Med, trafiłem idealnie, bowiem Bartek po chwili wyszedł na zewnątrz.

Facet od szlabanu tym razem wołał do Bartka, że urwał mu się błotnik. I w tym miejscu muszę powiedzieć, że bardzo podziwiałem Bartka, bo jechał rowerem z urwanym błotnikiem i bagażnikiem już od Parzna i nawet nie marudził. A plus tego był taki, że przynajmniej słyszałem, że jedzie;P

Kolejnym moim spostrzeżeniem jest fakt, że strasznie często przejeżdżaliśmy przez przejazdy kolejowe. Wszak czymś tam muszą te maszyny transportować między budynkami. Niestety nie widziałem żadnego wagonika w ruchu;( I jeszcze te brzęczące od przepływającego prądu kable i transformatory. Ot, takie moje spostrzeżenia.

Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć nowego bloku, który ma mieć moc 858 MW. Będzie to największy i najnowocześniejszy blok energetyczny w Polsce. Haa, taką technologiczną perełkę mam koło siebie;)

Nowy blok Elektrowni "Bełchatów" © causeilovemybike


Chłodnia kominowa. © causeilovemybike


858 Mega Wattów;) © causeilovemybike


Elektrownia na Energetycznej, Knauf(producent tynków i zapraw) na Gipsowej i jest porządek. A tak na marginesie bełchatowska elektrownia ma jedne z najnowocześniejszych systemów oczyszczania spalin, więc ten dym, który widać na zdjęciach to głównie para wodna. Inne zanieczyszczenia są przechwytywane przez bardzo nowoczesne filtry i część jest wykorzystywana do produkcji gipsu.

Ale dobra, o elektrowni więcej już nie piszę, no może oprócz tego, że na tym całym elektrownianym terenie panuje porządek, nie ma śmieci po kątach, chodniki są równo ułożone, drogi równe, krzewy i krzewiki schludnie przycięte. Lubie taki porządek.

Ale nadszedł czas na wyjazd z tego dziwnego miejsca, w Bełchatowie czekał na nas Łukaniu. Najpierw jechaliśmy droga asfaltową przez las, przestało być milo, bo wiaterek zaczął dmuchać nam w twarz. Potem wskoczyliśmy na ścieżkę rowerową łączącą Bełchatów ze Słokiem i Wawrzkowizną. Droga rowerową jechało się bardzo wygodnie, wreszcie mogliśmy się odprężyć i przestać uważać na ciągle jeżdżące auta.

Ścieżka rowerowa za Bełchatowem © causeilovemybike


Postanowiliśmy zajrzeć jeszcze na Słok, skoro byliśmy tak blisko. Oto kilka zdjęć:

Dróżka na Słoku © causeilovemybike


Na Słoku. © causeilovemybike


Widok na elektrownię w dzień jest świetny, ale noca, kiedy kominy sa oświetlone wygląda to jeszcze ciekawiej. Może kiedyś uda mi się tam wybrać wieczorem?

Widok na elektrownię ze Słoku. © causeilovemybike


Musieliśmy wracać, bo Łukaniu coraz bardziej się upominał o nas. Do Bełchatowa wjeżdżaliśmy zmagając się z wiatrem, na całe szczęście było dużo odcinków, kiedy mogliśmy jechać bez ostrzejszego pedałowania "z górki", więc "dało się przeżyć".

W samym Bełchatowie natknęliśmy się akurat na bandę młodzieży wracająca po lekcjach do domów. Już z Łukaniem wybraliśmy się na pizze, bo ogromnie mnie i Muchę męczył głodek;)

A potem pozostało nam tylko wracać do domu. Odprowadziliśmy Łukasza na przystanek, spotkaliśmy wspólną koleżankę, która dziwiła nam się, że chciało nam się tutaj jechać rowerem;) I wpadliśmy także na Ogroma, zasuwał akurat chodnikiem w wojskowym stroju, ale szpan!

Trasa powrotna oczywiście "krajobrazowa", czyli znowu przez Ławy, Rożniatowice, Ostoję, Grabostów, Bujny do Zelowa. Wiatr zaczął mnie już denerwować, ale daliśmy radę beż problemu. Przy wjeździe do Zelowa spotkaliśmy Ogroma i Łukania z Kacprem, hoho, jak dawno się nie widzieliśmy. Czyli wynika z tego, że tak bardzo wolno nie pedałowaliśmy z Muchą;)

Musiałem wstąpić jeszcze do motoryzacyjnego, zapytać o pewną część do samochodu, którą uszkodził serwisant w czasie wymiany opon w Fordzie. Niestety nie udało się dokupić;( A i jeszcze zrobiłem małe kółeczko koło domu, żeby mieć na liczniku pełne 70 kilometrów.

A tak generalnie trasa przebiegała następująco:



Wyjazd bardzo mi się podobał. I co najważniejsze, wreszcie się ruszyłem gdzieś rowerem!

Tak, to byłoby na tyle. Nie będę Was męczył częścią muzyczna.

Pozdrower!


Dane wyjazdu:
21.27 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Licho, licho, bardzo licho...

Środa, 6 kwietnia 2011 · dodano: 12.04.2011 | Komentarze 4

Ostatnio strasznie u mnie kiepsko pod względem rowerowym. Brak pogody, brak czasu, brak kompana. Wszystko nałożyło się na siebie i strasznie mnie to denerwuje, że nie mam czasu pokręcić... Na całe szczęście pod koniec tygodnia widzę światełko w moim rowerowym tunelu i powinno się wszystko rozjaśnić.

W ostatnią środę wybrałem się na rower, skorzystałem akurat z chwilowego rozpogodzenia, ale wyszło tak, że wylądowałem z Kacprem u Łukania i pomagaliśmy mu zrzucić piasek z auta, który jest potrzebny przy budowie garażu . A potem wiało albo padało, lub też i wiało i padało, w dodatku miałem zamęt w szkole, kursy na prawko. W weekendy do południa i po południa ciągle coś do zrobienia, więc przejechać się rowerem miałem okazję tylko na działkę i z powrotem, ewentualnie jeszcze do monopolowego, bo trochę było imprezek;)

Wyrażam jednak ogromne nadzieję, że w czwartek wybiorę się gdzieś na dłuższą trasę, zwłaszcza, że nie mam jazd i lekcji, więc jeśli pogoda dopisze, będzie to znak "Filip, siadaj na rower, kręć i nie marudź!".

Tak, właśnie tak!

A teraz kilka prawdziwych, szczerych i miłych dla ucha dźwięków. Bo tak, a nie inaczej.

&feature=related

Pozdrower!!!!!!


Dane wyjazdu:
26.65 km 0.00 km teren
01:28 h 18.17 km/h:
Maks. pr.:52.60 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Niedziela w "krzaczorach"

Niedziela, 3 kwietnia 2011 · dodano: 05.04.2011 | Komentarze 8

Sobota była nierowerowa, z racji tego, że świętowaliśmy rozpoczęcie sezonu działkowego, grillowego, ogniskowego, czyli najprościej rzecz ujmując balowaliśmy u mnie na działeczce.

Po takim towarzysko energicznie spędzonym wieczorze i części nocy, należało wyciszyć się w niedziele i w małym gronie wyruszyć na łono natury. Konkretnych planów nie mieliśmy, nawet skład nie był do ostatniej chwili całkowicie znany.

Po 12.30 wpadłem do Łukania i wspólnie udaliśmy się do Kacpra, na którego oczywiście musieliśmy poczekać, bo nas o to poprosił wychylając mokry łeb przez okno łazienki.

Gdy w końcu trzecie ogniwo naszej rowerowej niedzieli wyszło do nas ubrane w dres, założyłem mu magnes do licznika i wybraliśmy się w drogę.

Dla odmiany mieliśmy pod wiatr (jadąc do Kacpra pędziliśmy pchani podmuchami). Zatrzymaliśmy się pod sklepem, gdyż Łukaniu chciał zaopatrzyć się w jakiś napój na drogę.

Ruszyliśmy przez Zelów, minęliśmy kościół, w którym akurat odbywało się nabożeństwo, przejechaliśmy przez Mauryców, a potem zaczęła się moja aria;) Żeby było wesoło śpiewałem co przychodziło mi do głowy, począwszy od "Jingle bells", poprzez "Wiosnę" Skaldów (wiecie: "Wiosna, cieplejszy wieje wiatr", to co w reklamie Primavery) kończąc na pieśniach religijnych. Dosłownie. Aż dziwne, że chłopaki to znieśli. Być może uratowało ich to, że jechali znacznie za mną i nie wszystko dokładnie do nich docierało. Nie dziwię się, że trzymali się tak z tyłu;)

Pierwszy przystanek zrobiliśmy całkiem niedaleko, bo za Maurycowem. Musieliśmy wreszcie zastanowić się dokładnie dokąd jedziemy! Padło na jakąś nieznaną mi leśniczówkę za Strzyżewicami, gdzie Łukaniu był kiedyś na biwaku. Nie pamiętał on oczywiście dokładnie którędy trzeba jechać, by trafić do miejsca, Bartek, do którego zadzwonił po "konsultację" też dokładnie nie wiedział. Stwierdziliśmy, że pojedziemy do Strzyżewic, a tam "jakoś będzie", zapytamy kogoś, a może Łukaniowi coś się przypomni. Ściągając z bagażnika butelkę po Oshee, w której miałem moją ulubioną herbatkę malinową polałem sobie rower i bluzę, którą musiałem potem wieść w rękach, by ją wysuszyć;)

Upss, rozlało się... © causeilovemybike


I tak na marginesie, te rowerowe koszulki z Lidla są całkiem w pytkę;)

Popedałowaliśmy walcząc z wiaterkiem i górką, jedyną taką fajna w okolicy, w stronę Sromutki, a następnie wylądowaliśmy w Strzyżewicach. Łukaniu doznał olśnienia, pokierowaliśmy się zgodnie z jego wskazówkami, jechaliśmy przez pola, wiatr delikatnie chłodził, a było co chłodzić, na licznikowym termometrze wyskoczyło bowiem 24,8 st. Celsjusza!

Wreszcie postanowiliśmy zasięgnąć informacji u "miejscowych". Zaparkowaliśmy maszyny pod bramą pewnego domu i zadzwoniliśmy do drzwi. Otworzyła nam bardzo ładna dziewczyna, szczuplutka, miała świetne nogi, bardzo ładny uśmiech. Ekhm, taak, nie wiedziała dokładnie którędy trzeba jechać na ową tajemniczą leśniczówkę, wyjaśniła jednak, że musimy minąć jeden dom, potem napotkamy kolejny, ale opuszczony, niezamieszkały, a następnie będziemy mieli większy problem, bo droga dalej jest chyba nieprzejezdna.

Okazało się, że wszystko było dokładnie tak jak miła piękność nam wyklarowała. Minęliśmy jeden dom, aż zatrzymaliśmy się przy tym opuszczonym. Takie miejsca mają swój klimat, są trochę tajemnicze. Budynek nie był w bardzo złym stanie, dach był w całkiem dobrym stanie, brakowało szyb w oknach i drzwi. Wywnioskowaliśmy, że domostwo zostało niedawno opuszczone, bo w sąsiadującej bezpośrednio z częścią mieszkalną oborze (typowe stare budownictwo) był nowy wodomierz i kran, z którego leciała woda.

Opuszczony dom. © causeilovemybike


Naprzeciw domu znajdowała się stara szopa, w której wisiało nawet pranie!

Stara szopa. © causeilovemybike


Po obejrzeniu wszystkiego dokładnie zrobiłem jeszcze zdjęcie mojemu rowerowi, który leżał sobie grzecznie na tle jakiegoś rozebranego budyneczku, o czym świadczyła kupa gruzu;)

Trans Alp na tle gruzu. © causeilovemybike


Swoją droga, to ciekawe dlaczego pan Ireneusz Sinka (takie nazwisko odczytaliśmy z tabliczki zawieszonej na ścianie domu). Pewnie umarł i teraz nie ma kto zająć się domem. A z jego okiem jest taki fajny widok na całe połacie pól i las...

Po odjeździe spod opuszczonego domu jechaliśmy bardzo ciekawymi drogami. Błoto, woda, kałuże, dziury. Ale to był fun!

Było trochę błoto © causeilovemybike


Ten akurat odcinek znajdował się w kotlinie, gdzie spływały wszelkie wody, stąd takie jakby bagno, w którym prawie utopiłem trampka;) Dobrze, że Kacper pomógł mi wyjść z tej pluchy. A Łukaniu spryciarz przejechał sobie gdzieś bokiem;)

Nasze słit brudne buty. © causeilovemybike


Ale było całkiem uroczo;)

Gdzies przy bagnach... © causeilovemybike


W dalszej części trasy zaczął szwankować mi telefon, który się zawiesił, przez co nie mogłem zrobić zdjęcia i w czasie, kiedy ja walczyłem z tym ustrojstwem chłopaki pojechali sobie przodem i odpoczywali na mostku;)

Ale udało mi się zrobić jakieś zdjęcie:

Panorama no. 1 © causeilovemybike


Nie do końca jestem zadowolony z tych panoram, trzeba robić to bardzo dokładnie, a poza tym obiektyw w moim telefonie ma jakąś skazę, bo widoczna jest plama na każdym zdjęciu.

Dojechałem do chłopaków, którzy konwersowali na moście. Rozłożyłem tyłek na ziemi, wystawiłem gębę do słońca i zacząłem suszyć trampki, i czyścić je z tego całego dziadostwa. Po tym jak ogarnąłem sytuację sfociłem takie dwie rzeczy:

Kolejna rzeczka i krzaczory © causeilovemybike


Trawki, bagna... © causeilovemybike


Po relaksie na mostku musieliśmy przedrzeć się przez kawał lasu, trochę przeszkadzały liczne na ścieżce gałęzie i dziury, ale było bardzo zabawnie i strasznie mi się to podobało, wydaje mi się, że chłopakom też;)

Postanowiłem zrobić jeszcze jedną panoramę, tym razem lasu:

Panorama no. 2 © causeilovemybike


I wybrałem jedno, normalne zdjęcie:

Przez las... © causeilovemybike


Łukaniu pojechał przodem, Kacper początkowo tez robił zdjęcia, ale po pewnym czasie tez odjechał. Po chwili dogoniłem jednak chłopków. Musieliśmy pokonać piaszczysty odcinek trasy. W zasadzie nie mieliśmy większego pojęcia, gdzie dokładnie jesteśmy. Jako, że w brzuszkach zrobiło się nam już pusto, stwierdziliśmy, że może udamy się do domów. Wydawało nam się, że jedziemy w stronę Janowa, podróżowaliśmy bowiem przez bardzo ładne lasy, z okazałymi drzewami, a takie właśnie charakterystyczne są na Janowie (jeździłem tam kiedyś z dziadkami na grzyby i jagody). Na moment wyjechaliśmy z lasy i znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, w oddali widziałem jakiś budynek, gdy nagle Łukaniu wykrzyknął, że to jest właśnie to miejsce. Haha, trafiliśmy przez przypadek;)

Po dokładnym obejrzeniu miejsca okazało się, że jest to siedziba zelowskiego koła łowieckiego, które nazywa się Ostoja "Matecznik"

Oto kilka zdjęć z tego miejsca. Spędziliśmy tam dość dużo czasu rozglądając się i relaksując:

Koło Łowieckie "Matecznik" w Zelowie © causeilovemybike


Na stoliku pod wiata stała smutna i pusta butelka po "Pliskiej":

Butelczyna! © causeilovemybike


Zrobiłem zdjęcie okiennicom, kominowi i wszystkim innym dla mnie ciekawym szczegółom. Jak napisałem, ciekawych dla mnie, dla Was być może niekoniecznie:

Okiennice. © causeilovemybike


Komin. © causeilovemybike


Chłopaki tez łazili dookoła i oblookiwali teren:

Łukaniu tez sie rozglądał. I Kacper. © causeilovemybike


Obowiązkowo musieliśmy tez zrobić sobie zdjęcie grupowe. Nieco trudno było ustawić telefon na krzywym pinku, ale dałem rade:

Co za trójca! © causeilovemybike


Bardzo podobał nam się drewniany pomnik-rzeźba usytuowany w tym miejscy w 2006 roku z okazji 50-lecia istnienia Koła Łowieckiego "Matecznik":

Ostoja "Matecznik" © causeilovemybike


Warto zwrócić uwagę na szczegóły wykonania, ktoś musiał sie przy tym solidnie napracować:

Ale się ktoś narzeźbił! © causeilovemybike


Efektowne i precyzyjnie © causeilovemybike


Darz Bór! © causeilovemybike


Potem poszliśmy na pobliski mostek, z którego był taki widok:

Widok z mostku na rzeczkę. © causeilovemybike


W wodzie było dużo gałęzi, mało tego, znajdowały się w niej również betonowe płyty. Zastanawiam się jaką funkcję miały by spełniać w rzeczce płynącej przez środek lasu...

Obok mostku dostrzegłem tez żółte roślinki, tez chciałem mieć swoje wiosenne zdjęcie kwiatka:

Wiosna w pełni! © causeilovemybike


Szkoda, że nie odróżniam, czy jest to mlecz polny, mniszek lekarski czy podbiał pospolity. Wszystko żółte i mi się miesza;) Ale możecie pomóc, jeśli wiecie.

Razem z Łukaniem wgramoliliśmy się pod most, by zrobić niecodzienne zdjęcie. Bo chyba zbyt często nikt nie robi sobie fotek w takich miejscach, prawda?

Under the bridge. © causeilovemybike


Spędziliśmy już tutaj wystarczająco dużo czasu, doskwierał nam głodek, że tez nie pomyśleliśmy o zabraniu prowiantu na wycieczkę. Droga powrotna była już prosta, Łukaniu sobie przypomniał jak kiedyś z tego miejsca wracali. Okazało się, że cały czas krążyliśmy bardzo blisko Ostoi, jak mówią, najciemniej pod latarnia;)

Pstryknąłem jeszcze jedną panoramę na polach:

Panorama no. 3 © causeilovemybike


Po wyjechaniu z lasu i ja zacząłem rozpoznawać ta drogę. W wakacje zapuściłem się tutaj samotnie rowerem, ale nie wjeżdżałem do lasu, tylko zawróciłem z powrotem na drogę asfaltową. Byłem tutaj także z moimi dziadkami na wycieczce. Kurde, ale ja okolicy zwiedziłem dzięki moim dziadkom!

Minelismy także niestety dość częsty ostatnio obrazek, czyli wypalanie traw. Ale żeby było ciekawiej, pomysłowy człowieczek wypalał trawę z rowu, przy którym tuż obok znajdował się stary, wysuszony, drewniany płot. Oczywiście nikt tego procesu nie pilnował. Zważywszy na wietrzną pogodę i okoliczności niewiele trzeba było, żeby zaczęło się nieźle "hajcować". Potem będzie płacz i zgrzytanie zębów, jak się chałupa spali;/

Dalej na szutrowym odcinku drogi z górki wiatr wiał nam w plecy, bez większego pedałowania jechałem 46 km/h. Szybciej bałem się jechać, bo bądź co bądź droga nie była perfekcyjnie równa, a po co wywalić się przez jakiś cholerny kamyczek;)

Wykonałem jeszcze jedno zdjęcie, widać na nim jak trawy falowały na wietrze, to naprawdę najtrafniejsze i najpełniejsze podsumowanie naszego bardzo udanego, ciekawego i miłego, choć nie najdłuższego wypadu;)

Trawy na wietrze. © causeilovemybike


Na górce w Sromutce wypedałowałem 52,6. Trochę bujało, bo w sobotę nieco skrzywiłem tylne koło. Ale z pewnością da się tam wycisnąć sporo więcej, sprawdzę to;)

Ahh, tak się zająłem moimi prędkościowmi "dokonaniami" (celowo ujęte w cudzysłów), aż zapomniałem wspomnieć jakie ładne rowerzystki spotkaliśmy;) Akurat zatrzymaliśmy się koło koszy na butelki, kiedy podjechały do nas dwie dziewczyny na rowerach i zapytały, którędy dojadą do Zelowa;) Z takimi kompankami moglibyśmy jechać nawet i na koniec świata. Zwłaszcza z ta blondynką;)

Podsumowanie:
Kilometrów nie dużo, ale wypadzik naprawdę udany, ciekawy i dość spontaniczny. Średnia jak to średnia, kiedy jeździ się po terenie, a nie ma się MTB, tylko trekkinga;) Następnym razem zabierzemy ze sobą jakieś jedzenie, by móc powłóczyć się dłużnej. Oby tylko pogodowo było podobnie, a będzie świetnie!

_______________________________________________________________________________

Dzisiaj Czesław trochę inny:

&feature=related

_______________________________________________________________________________

PozdRower!


Dane wyjazdu:
39.05 km 0.00 km teren
01:51 h 21.11 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia

Prima aprilisowy wypad do Bełchatowa.

Piątek, 1 kwietnia 2011 · dodano: 02.04.2011 | Komentarze 5

W piękny, primaaprilisowy dzień przyszło mi pojechać do Bełchatowa. Musiałem pojechać z chłopakami do naszego znajomego ze Sztabu, gdyż musiał nam wyjaśnić to i owo w kwestii zbliżających się manewrów ratowniczych. Oczywiście ja wybrałem jako środek transportu rower, reszta zaś powiozła tyłek autobusem.

Co do piękności pogody to nie było tak do końca pięknie. Wiatr mnie zaskoczył, bo niezależnie od tego, w którą stronę jechaliśmy, to i tak wiało nam w twarz, ewentualnie w "przodo-bok".

Tak w ogóle postanowił wybrać się ze mną Przemek. Rozumiem dlaczego, raczej większość chciała by zwolnić się w piątek po drugiej lekcji i pojechać rowerem w siną dal;)

Przemko miał trochę przekichane, dlatego że jego rower nie został skonstruowany na dłuższe wycieczki po asfalcie, ale dawał dzielnie radę. Mi generalnie jechało się dobrze, wiatr mnie nie irytował specjalnie, wszystko dzięki odpowiedniej dawce Czesława;)

U Wasyla posiedzieliśmy, dowiedzieliśmy się wszystkiego co najważniejsze, gadu gadu, nie ma sensu opowiadać.

I przyszedł czas na powrót. Jeszcze wstapiłem do Empika i kupiłem sobie kwietniowego Rowertour`a:

RowerTour. Będzie co czytać;) © causeilovemybike


Akurat w momencie, kiedy kupowałem gazetkę zaczęło solidnie padać, na całe szczęście nie trwało to długo, jednak ludzie biegali, jakby bali się, że deszcz może ich skrzywdzić, haha:

Mały, szybki deszczyk. © causeilovemybike


Wpadliśmy też do Biedronki po coś do picia, płyny trzeba uzupełniać! I rowerowy tez odwiedziłem, bo szukam nowej stopki do roweru, bo na tej Trans Alp stoi zdecydowanie niezdecydowanie;) Kiwa się, buja, pochyla, mamma mia!

Wkurzyła mnie tez jedna dziewczyna o niezbyt inteligentnym wyglądzie, która spacerując ścieżką dla rowerów stwierdziła co cytuje: "Kurwa, tylko tymi rowerami tu jeżdżą". A co ma jeździć po ścieżce rowerowej? Trolejbus czy może furmanka? Głupich nie sieją, sami się rodzą...

Kiedy wyjechaliśmy na 484-ke wiedziałem, że nie będzie łatwo. Momentami galancie dmuchało. Tak więc pojechaliśmy trasą krajoobrazową, tak ją nazwałem, czyli przez Ławy, Rożniatowice, Ostoję, Grabostów, Bujny Księże i Szlacheckie aż do Zelowa.

Goniła nas chmura, wiało, dmuchało, kurzyło, ale jakoś było;) Słońce raz zachodziło, potem znów się pokazywało, mimo wszystko jednak było ciepło.

Ale chmurska! © causeilovemybike


Jeszcze dwa sielskie obrazki:

Widok za Ławami. © causeilovemybike


Droga wśród pól © causeilovemybike



Mam jeszcze w zanadrzu zdjęcie rozjechanej żaby, ale mam obiekcje co do wstawienia go, bo estetycznie to nie wygląda, z racji tego, że wylazły jej wnętrzności. Zastanawiając się nad tym pod bardziej biologicznym aspektem może być to dość ciekawe;) Jak chcecie foto rozjechanej żaby to piszcie w komentach i wrzucę, haha;)

Do domu dotarłem trochę po 15, znów szybki prysznic i popędziłem na wykłady;)

_____________________________________________________________________________

Czesław i jego piosenka pasująca do rozjechanego żabiego tematu:

&feature=related

_____________________________________________________________________________

Pozdrower!