Info
Chcesz wiedzieć więcej o mnie?.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2012, Grudzień7 - 3
- 2012, Listopad1 - 1
- 2012, Maj1 - 5
- 2012, Kwiecień2 - 0
- 2012, Marzec2 - 8
- 2011, Grudzień1 - 2
- 2011, Sierpień5 - 4
- 2011, Lipiec1 - 5
- 2011, Czerwiec6 - 14
- 2011, Maj10 - 19
- 2011, Kwiecień16 - 60
- 2011, Marzec20 - 63
- 2011, Luty4 - 10
- 2011, Styczeń9 - 16
- 2010, Grudzień14 - 17
- 2010, Listopad6 - 0
- 2010, Październik22 - 3
- 2010, Wrzesień20 - 4
- 2010, Sierpień19 - 4
- 2010, Lipiec3 - 1
Dane wyjazdu:
26.65 km
0.00 km teren
01:28 h
18.17 km/h:
Maks. pr.:52.60 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Lalunia
Niedziela w "krzaczorach"
Niedziela, 3 kwietnia 2011 · dodano: 05.04.2011 | Komentarze 8
Sobota była nierowerowa, z racji tego, że świętowaliśmy rozpoczęcie sezonu działkowego, grillowego, ogniskowego, czyli najprościej rzecz ujmując balowaliśmy u mnie na działeczce.Po takim towarzysko energicznie spędzonym wieczorze i części nocy, należało wyciszyć się w niedziele i w małym gronie wyruszyć na łono natury. Konkretnych planów nie mieliśmy, nawet skład nie był do ostatniej chwili całkowicie znany.
Po 12.30 wpadłem do Łukania i wspólnie udaliśmy się do Kacpra, na którego oczywiście musieliśmy poczekać, bo nas o to poprosił wychylając mokry łeb przez okno łazienki.
Gdy w końcu trzecie ogniwo naszej rowerowej niedzieli wyszło do nas ubrane w dres, założyłem mu magnes do licznika i wybraliśmy się w drogę.
Dla odmiany mieliśmy pod wiatr (jadąc do Kacpra pędziliśmy pchani podmuchami). Zatrzymaliśmy się pod sklepem, gdyż Łukaniu chciał zaopatrzyć się w jakiś napój na drogę.
Ruszyliśmy przez Zelów, minęliśmy kościół, w którym akurat odbywało się nabożeństwo, przejechaliśmy przez Mauryców, a potem zaczęła się moja aria;) Żeby było wesoło śpiewałem co przychodziło mi do głowy, począwszy od "Jingle bells", poprzez "Wiosnę" Skaldów (wiecie: "Wiosna, cieplejszy wieje wiatr", to co w reklamie Primavery) kończąc na pieśniach religijnych. Dosłownie. Aż dziwne, że chłopaki to znieśli. Być może uratowało ich to, że jechali znacznie za mną i nie wszystko dokładnie do nich docierało. Nie dziwię się, że trzymali się tak z tyłu;)
Pierwszy przystanek zrobiliśmy całkiem niedaleko, bo za Maurycowem. Musieliśmy wreszcie zastanowić się dokładnie dokąd jedziemy! Padło na jakąś nieznaną mi leśniczówkę za Strzyżewicami, gdzie Łukaniu był kiedyś na biwaku. Nie pamiętał on oczywiście dokładnie którędy trzeba jechać, by trafić do miejsca, Bartek, do którego zadzwonił po "konsultację" też dokładnie nie wiedział. Stwierdziliśmy, że pojedziemy do Strzyżewic, a tam "jakoś będzie", zapytamy kogoś, a może Łukaniowi coś się przypomni. Ściągając z bagażnika butelkę po Oshee, w której miałem moją ulubioną herbatkę malinową polałem sobie rower i bluzę, którą musiałem potem wieść w rękach, by ją wysuszyć;)

Upss, rozlało się...© causeilovemybike
I tak na marginesie, te rowerowe koszulki z Lidla są całkiem w pytkę;)
Popedałowaliśmy walcząc z wiaterkiem i górką, jedyną taką fajna w okolicy, w stronę Sromutki, a następnie wylądowaliśmy w Strzyżewicach. Łukaniu doznał olśnienia, pokierowaliśmy się zgodnie z jego wskazówkami, jechaliśmy przez pola, wiatr delikatnie chłodził, a było co chłodzić, na licznikowym termometrze wyskoczyło bowiem 24,8 st. Celsjusza!
Wreszcie postanowiliśmy zasięgnąć informacji u "miejscowych". Zaparkowaliśmy maszyny pod bramą pewnego domu i zadzwoniliśmy do drzwi. Otworzyła nam bardzo ładna dziewczyna, szczuplutka, miała świetne nogi, bardzo ładny uśmiech. Ekhm, taak, nie wiedziała dokładnie którędy trzeba jechać na ową tajemniczą leśniczówkę, wyjaśniła jednak, że musimy minąć jeden dom, potem napotkamy kolejny, ale opuszczony, niezamieszkały, a następnie będziemy mieli większy problem, bo droga dalej jest chyba nieprzejezdna.
Okazało się, że wszystko było dokładnie tak jak miła piękność nam wyklarowała. Minęliśmy jeden dom, aż zatrzymaliśmy się przy tym opuszczonym. Takie miejsca mają swój klimat, są trochę tajemnicze. Budynek nie był w bardzo złym stanie, dach był w całkiem dobrym stanie, brakowało szyb w oknach i drzwi. Wywnioskowaliśmy, że domostwo zostało niedawno opuszczone, bo w sąsiadującej bezpośrednio z częścią mieszkalną oborze (typowe stare budownictwo) był nowy wodomierz i kran, z którego leciała woda.

Opuszczony dom.© causeilovemybike
Naprzeciw domu znajdowała się stara szopa, w której wisiało nawet pranie!

Stara szopa.© causeilovemybike
Po obejrzeniu wszystkiego dokładnie zrobiłem jeszcze zdjęcie mojemu rowerowi, który leżał sobie grzecznie na tle jakiegoś rozebranego budyneczku, o czym świadczyła kupa gruzu;)

Trans Alp na tle gruzu.© causeilovemybike
Swoją droga, to ciekawe dlaczego pan Ireneusz Sinka (takie nazwisko odczytaliśmy z tabliczki zawieszonej na ścianie domu). Pewnie umarł i teraz nie ma kto zająć się domem. A z jego okiem jest taki fajny widok na całe połacie pól i las...
Po odjeździe spod opuszczonego domu jechaliśmy bardzo ciekawymi drogami. Błoto, woda, kałuże, dziury. Ale to był fun!

Było trochę błoto© causeilovemybike
Ten akurat odcinek znajdował się w kotlinie, gdzie spływały wszelkie wody, stąd takie jakby bagno, w którym prawie utopiłem trampka;) Dobrze, że Kacper pomógł mi wyjść z tej pluchy. A Łukaniu spryciarz przejechał sobie gdzieś bokiem;)

Nasze słit brudne buty.© causeilovemybike
Ale było całkiem uroczo;)

Gdzies przy bagnach...© causeilovemybike
W dalszej części trasy zaczął szwankować mi telefon, który się zawiesił, przez co nie mogłem zrobić zdjęcia i w czasie, kiedy ja walczyłem z tym ustrojstwem chłopaki pojechali sobie przodem i odpoczywali na mostku;)
Ale udało mi się zrobić jakieś zdjęcie:

Panorama no. 1© causeilovemybike
Nie do końca jestem zadowolony z tych panoram, trzeba robić to bardzo dokładnie, a poza tym obiektyw w moim telefonie ma jakąś skazę, bo widoczna jest plama na każdym zdjęciu.
Dojechałem do chłopaków, którzy konwersowali na moście. Rozłożyłem tyłek na ziemi, wystawiłem gębę do słońca i zacząłem suszyć trampki, i czyścić je z tego całego dziadostwa. Po tym jak ogarnąłem sytuację sfociłem takie dwie rzeczy:

Kolejna rzeczka i krzaczory© causeilovemybike

Trawki, bagna...© causeilovemybike
Po relaksie na mostku musieliśmy przedrzeć się przez kawał lasu, trochę przeszkadzały liczne na ścieżce gałęzie i dziury, ale było bardzo zabawnie i strasznie mi się to podobało, wydaje mi się, że chłopakom też;)
Postanowiłem zrobić jeszcze jedną panoramę, tym razem lasu:

Panorama no. 2© causeilovemybike
I wybrałem jedno, normalne zdjęcie:

Przez las...© causeilovemybike
Łukaniu pojechał przodem, Kacper początkowo tez robił zdjęcia, ale po pewnym czasie tez odjechał. Po chwili dogoniłem jednak chłopków. Musieliśmy pokonać piaszczysty odcinek trasy. W zasadzie nie mieliśmy większego pojęcia, gdzie dokładnie jesteśmy. Jako, że w brzuszkach zrobiło się nam już pusto, stwierdziliśmy, że może udamy się do domów. Wydawało nam się, że jedziemy w stronę Janowa, podróżowaliśmy bowiem przez bardzo ładne lasy, z okazałymi drzewami, a takie właśnie charakterystyczne są na Janowie (jeździłem tam kiedyś z dziadkami na grzyby i jagody). Na moment wyjechaliśmy z lasy i znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, w oddali widziałem jakiś budynek, gdy nagle Łukaniu wykrzyknął, że to jest właśnie to miejsce. Haha, trafiliśmy przez przypadek;)
Po dokładnym obejrzeniu miejsca okazało się, że jest to siedziba zelowskiego koła łowieckiego, które nazywa się Ostoja "Matecznik"
Oto kilka zdjęć z tego miejsca. Spędziliśmy tam dość dużo czasu rozglądając się i relaksując:

Koło Łowieckie "Matecznik" w Zelowie© causeilovemybike
Na stoliku pod wiata stała smutna i pusta butelka po "Pliskiej":

Butelczyna!© causeilovemybike
Zrobiłem zdjęcie okiennicom, kominowi i wszystkim innym dla mnie ciekawym szczegółom. Jak napisałem, ciekawych dla mnie, dla Was być może niekoniecznie:

Okiennice.© causeilovemybike

Komin.© causeilovemybike
Chłopaki tez łazili dookoła i oblookiwali teren:

Łukaniu tez sie rozglądał. I Kacper.© causeilovemybike
Obowiązkowo musieliśmy tez zrobić sobie zdjęcie grupowe. Nieco trudno było ustawić telefon na krzywym pinku, ale dałem rade:

Co za trójca!© causeilovemybike
Bardzo podobał nam się drewniany pomnik-rzeźba usytuowany w tym miejscy w 2006 roku z okazji 50-lecia istnienia Koła Łowieckiego "Matecznik":

Ostoja "Matecznik"© causeilovemybike
Warto zwrócić uwagę na szczegóły wykonania, ktoś musiał sie przy tym solidnie napracować:

Ale się ktoś narzeźbił!© causeilovemybike

Efektowne i precyzyjnie© causeilovemybike

Darz Bór!© causeilovemybike
Potem poszliśmy na pobliski mostek, z którego był taki widok:

Widok z mostku na rzeczkę.© causeilovemybike
W wodzie było dużo gałęzi, mało tego, znajdowały się w niej również betonowe płyty. Zastanawiam się jaką funkcję miały by spełniać w rzeczce płynącej przez środek lasu...
Obok mostku dostrzegłem tez żółte roślinki, tez chciałem mieć swoje wiosenne zdjęcie kwiatka:

Wiosna w pełni!© causeilovemybike
Szkoda, że nie odróżniam, czy jest to mlecz polny, mniszek lekarski czy podbiał pospolity. Wszystko żółte i mi się miesza;) Ale możecie pomóc, jeśli wiecie.
Razem z Łukaniem wgramoliliśmy się pod most, by zrobić niecodzienne zdjęcie. Bo chyba zbyt często nikt nie robi sobie fotek w takich miejscach, prawda?

Under the bridge.© causeilovemybike
Spędziliśmy już tutaj wystarczająco dużo czasu, doskwierał nam głodek, że tez nie pomyśleliśmy o zabraniu prowiantu na wycieczkę. Droga powrotna była już prosta, Łukaniu sobie przypomniał jak kiedyś z tego miejsca wracali. Okazało się, że cały czas krążyliśmy bardzo blisko Ostoi, jak mówią, najciemniej pod latarnia;)
Pstryknąłem jeszcze jedną panoramę na polach:

Panorama no. 3© causeilovemybike
Po wyjechaniu z lasu i ja zacząłem rozpoznawać ta drogę. W wakacje zapuściłem się tutaj samotnie rowerem, ale nie wjeżdżałem do lasu, tylko zawróciłem z powrotem na drogę asfaltową. Byłem tutaj także z moimi dziadkami na wycieczce. Kurde, ale ja okolicy zwiedziłem dzięki moim dziadkom!
Minelismy także niestety dość częsty ostatnio obrazek, czyli wypalanie traw. Ale żeby było ciekawiej, pomysłowy człowieczek wypalał trawę z rowu, przy którym tuż obok znajdował się stary, wysuszony, drewniany płot. Oczywiście nikt tego procesu nie pilnował. Zważywszy na wietrzną pogodę i okoliczności niewiele trzeba było, żeby zaczęło się nieźle "hajcować". Potem będzie płacz i zgrzytanie zębów, jak się chałupa spali;/
Dalej na szutrowym odcinku drogi z górki wiatr wiał nam w plecy, bez większego pedałowania jechałem 46 km/h. Szybciej bałem się jechać, bo bądź co bądź droga nie była perfekcyjnie równa, a po co wywalić się przez jakiś cholerny kamyczek;)
Wykonałem jeszcze jedno zdjęcie, widać na nim jak trawy falowały na wietrze, to naprawdę najtrafniejsze i najpełniejsze podsumowanie naszego bardzo udanego, ciekawego i miłego, choć nie najdłuższego wypadu;)

Trawy na wietrze.© causeilovemybike
Na górce w Sromutce wypedałowałem 52,6. Trochę bujało, bo w sobotę nieco skrzywiłem tylne koło. Ale z pewnością da się tam wycisnąć sporo więcej, sprawdzę to;)
Ahh, tak się zająłem moimi prędkościowmi "dokonaniami" (celowo ujęte w cudzysłów), aż zapomniałem wspomnieć jakie ładne rowerzystki spotkaliśmy;) Akurat zatrzymaliśmy się koło koszy na butelki, kiedy podjechały do nas dwie dziewczyny na rowerach i zapytały, którędy dojadą do Zelowa;) Z takimi kompankami moglibyśmy jechać nawet i na koniec świata. Zwłaszcza z ta blondynką;)
Podsumowanie:
Kilometrów nie dużo, ale wypadzik naprawdę udany, ciekawy i dość spontaniczny. Średnia jak to średnia, kiedy jeździ się po terenie, a nie ma się MTB, tylko trekkinga;) Następnym razem zabierzemy ze sobą jakieś jedzenie, by móc powłóczyć się dłużnej. Oby tylko pogodowo było podobnie, a będzie świetnie!
_______________________________________________________________________________
Dzisiaj Czesław trochę inny:
&feature=related
_______________________________________________________________________________
PozdRower!
Komentarze
DaDasik | 10:13 czwartek, 7 kwietnia 2011 | linkuj
Kurcze, ale klimatyczna wycieczka :)
Dużo zdjęć, fajny opis.... Super :)
PS. Dla zdjęcia wiele się robi..... ja zgubiłem buta w bagnie, powyżej pasa byłem w wodzie powodziowej, rypłem z drzewa itp ;D. Były przygody :P
Dużo zdjęć, fajny opis.... Super :)
PS. Dla zdjęcia wiele się robi..... ja zgubiłem buta w bagnie, powyżej pasa byłem w wodzie powodziowej, rypłem z drzewa itp ;D. Były przygody :P
sikor4fun-remove | 21:55 wtorek, 5 kwietnia 2011 | linkuj
Grunt to ekipa do terenowania :]. Ostatnie zdjęcie ma swój klimat :]
Pozdrawiam.
Pozdrawiam.
kamiloslaw1987 | 20:51 wtorek, 5 kwietnia 2011 | linkuj
Hehe świętowaliście...biba była i tyle:D
Zdjęcia jak i wyprawa fajne:)
Zdjęcia jak i wyprawa fajne:)
gdynia94 | 20:26 wtorek, 5 kwietnia 2011 | linkuj
Super wycieczka! Tez musimy zrobic odpoczynek od długich, asfaltowych tras i wybrac sie jakos w las przed siebie :)
adam88-removed | 16:02 wtorek, 5 kwietnia 2011 | linkuj
Wyprawy w teren mają swój klimat, zawsze masa przygód i jest później co wspominać ;] Super relacja. Pozdrawiam :)
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!